Miesiąc: Marzec 2019

Felek

̶  Kiedyś miałem wszystko, wiesz? Miałem dom, no nie taki dom, jak myślisz. Żadne tam ściany i podłogi. One są mało ważne i bez nich da się żyć. Wiem co mówię. ̶  Żachnął się, jakby pies zarzucał mu, że  nieprawdę mówi. Od jakiegoś czasu gadał z obcym psem, który siedział w bezruchu, kilka metrów od niego i patrzył. Zdrzemnął się po południu na ławce, a kiedy się obudził, pies siedział i się gapił. Miał ciepłe, uważne spojrzenie i wtedy jakoś tak, nie wie czemu, zaczął mówić. Do psa.

̶  Rodzinę miałem, żonę i dzieci, czasem wakacje, jak były pieniądze. Na Mazury jeździliśmy wtedy. Pod namiot. Ryby łowiłem na kolację, a mieszkaliśmy w namiocie. Lubiliśmy tak. Mieszkanie też miałem. – Sięgnął niezgrabnie do kieszeni kurtki. Wyciągnął kilka petów, wybrał największego. Sięgnął do drugiej kieszeni, znalazł zgniecione pudełko zapałek. Wyjął jedną, potarł, a kiedy pojawił się płomyk, przypalił nędznego papierosa. Zaciągnął się z lubością.

 ̶  Ty wiesz, jak się kiedyś długo czekało na mieszkanie? Latami się czekało. Najpierw zakładałeś książeczkę mieszkaniową albo rodzicie ci zakładali, jak byłeś mały, bo wiedzieli, że trzeba długo czekać, aż się zbierze odpowiedni pieniądz, to zakładali jeszcze przed komunią. – Pogmerał palcami przy kurtce i guzik wyskoczył z dziurki. Wieczór był ciepły i właściwie kurtka nie była potrzebna. Od dawna już nie była potrzebna, ale co miał z nią zrobić? Przecież nie zostawi jej gdziekolwiek. Co będzie, jak przyjdzie jesień, potem zima? Kurtkę trzeba mieć obowiązkowo. On na szczęście miał. Jak się śpi na dworze, to ciepła kurtka to skarb. Lato zresztą też bywa zimne i deszczowe. Lepiej mieć i nie zastanawiać się, skąd ją wziąć, kiedy będzie zimno.

̶  Potem na tę książeczkę wpłacali pieniądze. Co miesiąc, chociaż ciężko im było. Dobrych miałem rodziców. Już nie żyją. Płacili, aż dorosłem. Jak szkołę skończyłem to poszedłem do roboty i wtedy już sam sobie potem wpłacałem, aż się nazbierało na wkład do spółdzielni i jak się nazbierało, to już wtedy mogłem zapisać się na listę. ̶  Zgniótł resztkę peta butem, potem starannie zgarnął pozostałości na brzeg trawnika.

– Wtedy na wszystko były listy. Na co chciałeś. Na szafki kuchenne, na lodówki, nawet na papierosy. Tylko po mieszkanie nie musiałeś stać w kolejce. Po wszystko inne czasem trzy, cztery doby, albo tydzień. Czasem nawet dłużej. Obecność sprawdzali. Jak cię nie było, to cię skreślali i mogłeś się pożegnać z meblami czy tam z czymkolwiek, aż do następnej kolejki. Społeczne się te listy nazywały, bo je społecznie kontrolowano. Byłeś w kolejce, to byłeś na liście. –  Mężczyzna rozejrzał się, popatrzył na ciemniejące niebo i uśmiechnął się. Trochę do siebie a trochę do psa. Sięgnął do szmacianej torby i wyciągnął koc.

–  Dobrze, że dziś ciepło, to będzie nam się dobrze spało. Żeby tylko deszcz nie padał w nocy. Trawa tak pachnie, że szybko zaśniemy. Lubię tę porę roku. No chodź, połóż się bliżej. – Pies patrzył na człowieka, jakby wszystko rozumiał, ale bliżej podejść nie chciał. Bał się. Dla niego spotkania z ludźmi nigdy nie były przyjemne. Ten tu dwunożny wprawdzie pachniał cudownie, wszystkimi zapachami, jakie pies znał i jakich nie znał jeszcze, ale był obcy. Siedział na ławce i nie robił żadnych gwałtownych ruchów i mówił łagodnie. Może nie był groźny, ale pies na wszelki wypadek siedział w bezpiecznej odległości, a człowiek mówił.

– No to się zapisałem. Powiedzieli wtedy, że z piętnaście lat będę czekał. Może jakbym chciał większe mieszkanie, to by było szybciej, ale ja sam byłem, to po co mi większe. Zresztą limity były. Nie należało się większe. Ja te domy budowałem. Składaliśmy te bloki z płyt, jak je na czas dowieźli, a jak nie, to czekaliśmy. Pośpiechu nie było, ale za to płacili całkiem dobrze i dorobić się dało. Można było zawsze coś ukręcić i sprzedać. Wszyscy tak robili. – Mężczyzna zamilkł, potarł czoło, w zamyśleniu. Potem splunął.

–  A potem przyszła do pracy ona. Zośka. Inżynierowi pomagała. Kawę robiła, telefony odbierała. Ty wiesz, jaka ona była śliczna?- rozmarzył się. Jego rysy twarzy złagodniały. Delikatny uśmiech pojawił się w kącikach ust.

Frag. opowiadania pt. “Felek” ze zbioru opowiadań pt. “Imiennik”

Weronika

To był dobry czas dla Weroniki, wszyscy tak mówili.

Kilka dni temu urodziła córkę, zdrową, śliczną, maleńką dziewczynkę, która miała wszystko na miejscu. Miała po pięć paluszków u każdej rączki i po pięć u każdej stópki i wyglądała na zupełnie zadowoloną ze swojej sytuacji. Lekarz mówił, że dziewczynka jest wzorcowym noworodkiem, jaki opisany jest w książkach, a cały poród, to też sytuacja zupełnie książkowa. Nie było komplikacji, więc Weronika była szczęśliwa. Trzymała w ramionach skarb, na który czekała wiele lat, bo Weronika miała problem z zajściem w ciążę.

̶  Wszystko jest w porządku. Wyniki badań nie wskazują na żadne odchylenia od normy, a zatem, pani Weroniko, musi się pani uzbroić w cierpliwość i myśleć pozytywnie. – Lekarz uśmiechał się do niej z za okularów. Sprawiał wrażenie człowieka, któremu można ufać.

̶  Wyniki pani męża są prawidłowe. Nic nie stoi na przeszkodzie, abyście państwo mieli dziecko. Tylko pewnie trochę czasu potrzeba… ̶  ale Weronika nie chciała  więcej czasu. Chciała mieć dziecko.

̶  Możemy oczywiście spróbować in vitro, ale jesteście państwo zdrowi oboje. Nie ma przeciwwskazań do zajścia w ciążę. Proponuję poczekać jeszcze trochę. Jest pani młoda, jest czas. – Inni lekarze, których odwiedziła, twierdzili to samo, ale w ciążę Weronika nie zachodziła, mimo regularnych stosunków z mężem.

***

Życie Weroniki było przyjemne. Była uśmiechniętą i ciepłą osobą, nauczycielką, którą dzieci uwielbiały. A ona była dla dzieci zawsze tam, gdzie jej potrzebowały. Dzieci zaś zabiegały o jej obecność i o jej zainteresowanie.

Na wsi rodzice nie zawsze mają czas dla własnych dzieci. Ważniejsze bywają orka, zasiew, rodząca krowa. Weronika o tym wiedziała. Czekała więc na dzieci codziennie sporo przed dzwonkiem. Kiedy rano stawały w drzwiach szkoły, ona już tam była. Niektóre dzieci w pośpiechu kierowały się do szatni, inne wciąż zaspane, posuwały się wzdłuż ściany w nadziei, że trafią na otwarte drzwi. A ona tam stała uśmiechnięta i pachnąca. Pomagała zdejmować ciężkie kurtki, umieszczać czapki i szaliki w rękawach. Czasem szarpała się z opornymi, mokrymi butami, lub ciasnymi kapciami, które za nic nie chciały trzymać się na śliskich rajstopach.

Szli potem wszyscy do klasy i zanim jeszcze zadźwięczał dzwonek, ona wskazywała im gdzie mają usiąść, bo zmieniała im miejsca codziennie. Mówiła, że jest w tym pewna zagadka. I była. Nie wiadomo, jakiego klucza używała Weronika, ale dzieciom podobało się te codzienne zmiany i każde dziecko było podekscytowane tym, że obok niego usiądzie dziś ktoś inny.

Wszystkie dzieci bardzo się lubiły. Nie wiadomo, czy był to efekt zabiegu Weroniki z tą jej codzienną zmianą miejsc, czy też zwyczajnie dzieci lubiły się, bo były w tym samy wieku, w tej samej klasie, z tą samą panią i z tej samej wsi. A swoją panią uwielbiały, bo uśmiechała się promiennie do każdego z nich i cierpliwie tłumaczyła niezrozumiałe sprawy. Była jak druga mama, czasem nawet lepsza niż mama, bo nie krzyczała, miała czas i ciepłe dłonie i miała dla nich codziennie rano gorące kakao.

Frag. opowiadania pt. “Weronika” ze zbioru opowiadań pt. “Imiennik”

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén