Chodzi za mną od kilku dni potrzeba pogrzebania w dwóch słowach. Budzę się z tą potrzebą i zasypiam z nią, czytam z nią książkę i makijaż robię. Przyczepiła się do mnie jak psi włos, który na psie nie chce już być, ale na człowieku powisi jeszcze troszkę. Zatem zanim strzepnę, podywaguję nad znaczeniem włosa, czyli zbioru słów, czyli „wszystkiego najlepszego” .

Kilka dni temu były moje urodziny, życzeń usłyszałam wyjątkowo dużo, dużo więcej przeczytałam, niektóre były kurtuazyjne, inne płynące z głębi serca, przygarnęłam wszystkie.

Zawsze, kiedy jest okazja żeby składać życzenia lub je przyjmować wspominam pewien wywiad z Prof. Bralczykiem, który miałam przyjemność oglądać kilka lat temu. Wywiad był ogromnie ciekawy, bo Pan Profesor ma wyjątkową osobowość i wyjątkową wiedzę i wyjątkowym językiem się posługuje, ale z całego wywiadu zapamiętałam tylko fragment dotyczący życzeń, a rzecz miała się tuż przed Bożym Narodzeniem. Zapytany przez dziennikarza czego powinniśmy sobie życzyć, Pan Profesor odpowiedział – „wszystkiego najlepszego, bo to wyczerpuje katalog życzeń”.

Wyczerpuje katalog życzeń. To fakt. Pod tymi dwoma słowami może kryć się wszystko. „Życzę ci wszystkiego najlepszego” może być najszczersze i najszersze. „ Wszystkiego najlepszego” –  czy to zwykła kurtuazja? Wyszło mi, że intencję zna tylko składający życzenia, a przyjmujący może je przyjąć jak chce. Przyjęłam wiec wszystkie życzenia po swojemu, te „wszystkiego najlepszego”, „100 lat” i „Życzę ci…

Zwykle zastanawiam się, czy ktoś życzy mi szczerze, ale tym razem pomyślałam sobie, że jeśli ktoś postanowił złożyć mi życzenia, to znaczy, że w jego życiu jakoś zaistniałam.

A istniejemy tak długo, jak istnieje o nas pamięć.