Autor: Blanka (Page 1 of 2)

Wszystkiego najlepszego

Chodzi za mną od kilku dni potrzeba pogrzebania w dwóch słowach. Budzę się z tą potrzebą i zasypiam z nią, czytam z nią książkę i makijaż robię. Przyczepiła się do mnie jak psi włos, który na psie nie chce już być, ale na człowieku powisi jeszcze troszkę. Zatem zanim strzepnę, podywaguję nad znaczeniem włosa, czyli zbioru słów, czyli „wszystkiego najlepszego” .

Kilka dni temu były moje urodziny, życzeń usłyszałam wyjątkowo dużo, dużo więcej przeczytałam, niektóre były kurtuazyjne, inne płynące z głębi serca, przygarnęłam wszystkie.

Zawsze, kiedy jest okazja żeby składać życzenia lub je przyjmować wspominam pewien wywiad z Prof. Bralczykiem, który miałam przyjemność oglądać kilka lat temu. Wywiad był ogromnie ciekawy, bo Pan Profesor ma wyjątkową osobowość i wyjątkową wiedzę i wyjątkowym językiem się posługuje, ale z całego wywiadu zapamiętałam tylko fragment dotyczący życzeń, a rzecz miała się tuż przed Bożym Narodzeniem. Zapytany przez dziennikarza czego powinniśmy sobie życzyć, Pan Profesor odpowiedział – „wszystkiego najlepszego, bo to wyczerpuje katalog życzeń”.

Wyczerpuje katalog życzeń. To fakt. Pod tymi dwoma słowami może kryć się wszystko. „Życzę ci wszystkiego najlepszego” może być najszczersze i najszersze. „ Wszystkiego najlepszego” –  czy to zwykła kurtuazja? Wyszło mi, że intencję zna tylko składający życzenia, a przyjmujący może je przyjąć jak chce. Przyjęłam wiec wszystkie życzenia po swojemu, te „wszystkiego najlepszego”, „100 lat” i „Życzę ci…

Zwykle zastanawiam się, czy ktoś życzy mi szczerze, ale tym razem pomyślałam sobie, że jeśli ktoś postanowił złożyć mi życzenia, to znaczy, że w jego życiu jakoś zaistniałam.

A istniejemy tak długo, jak istnieje o nas pamięć.

Felek

̶  Kiedyś miałem wszystko, wiesz? Miałem dom, no nie taki dom, jak myślisz. Żadne tam ściany i podłogi. One są mało ważne i bez nich da się żyć. Wiem co mówię. ̶  Żachnął się, jakby pies zarzucał mu, że  nieprawdę mówi. Od jakiegoś czasu gadał z obcym psem, który siedział w bezruchu, kilka metrów od niego i patrzył. Zdrzemnął się po południu na ławce, a kiedy się obudził, pies siedział i się gapił. Miał ciepłe, uważne spojrzenie i wtedy jakoś tak, nie wie czemu, zaczął mówić. Do psa.

̶  Rodzinę miałem, żonę i dzieci, czasem wakacje, jak były pieniądze. Na Mazury jeździliśmy wtedy. Pod namiot. Ryby łowiłem na kolację, a mieszkaliśmy w namiocie. Lubiliśmy tak. Mieszkanie też miałem. – Sięgnął niezgrabnie do kieszeni kurtki. Wyciągnął kilka petów, wybrał największego. Sięgnął do drugiej kieszeni, znalazł zgniecione pudełko zapałek. Wyjął jedną, potarł, a kiedy pojawił się płomyk, przypalił nędznego papierosa. Zaciągnął się z lubością.

 ̶  Ty wiesz, jak się kiedyś długo czekało na mieszkanie? Latami się czekało. Najpierw zakładałeś książeczkę mieszkaniową albo rodzicie ci zakładali, jak byłeś mały, bo wiedzieli, że trzeba długo czekać, aż się zbierze odpowiedni pieniądz, to zakładali jeszcze przed komunią. – Pogmerał palcami przy kurtce i guzik wyskoczył z dziurki. Wieczór był ciepły i właściwie kurtka nie była potrzebna. Od dawna już nie była potrzebna, ale co miał z nią zrobić? Przecież nie zostawi jej gdziekolwiek. Co będzie, jak przyjdzie jesień, potem zima? Kurtkę trzeba mieć obowiązkowo. On na szczęście miał. Jak się śpi na dworze, to ciepła kurtka to skarb. Lato zresztą też bywa zimne i deszczowe. Lepiej mieć i nie zastanawiać się, skąd ją wziąć, kiedy będzie zimno.

̶  Potem na tę książeczkę wpłacali pieniądze. Co miesiąc, chociaż ciężko im było. Dobrych miałem rodziców. Już nie żyją. Płacili, aż dorosłem. Jak szkołę skończyłem to poszedłem do roboty i wtedy już sam sobie potem wpłacałem, aż się nazbierało na wkład do spółdzielni i jak się nazbierało, to już wtedy mogłem zapisać się na listę. ̶  Zgniótł resztkę peta butem, potem starannie zgarnął pozostałości na brzeg trawnika.

– Wtedy na wszystko były listy. Na co chciałeś. Na szafki kuchenne, na lodówki, nawet na papierosy. Tylko po mieszkanie nie musiałeś stać w kolejce. Po wszystko inne czasem trzy, cztery doby, albo tydzień. Czasem nawet dłużej. Obecność sprawdzali. Jak cię nie było, to cię skreślali i mogłeś się pożegnać z meblami czy tam z czymkolwiek, aż do następnej kolejki. Społeczne się te listy nazywały, bo je społecznie kontrolowano. Byłeś w kolejce, to byłeś na liście. –  Mężczyzna rozejrzał się, popatrzył na ciemniejące niebo i uśmiechnął się. Trochę do siebie a trochę do psa. Sięgnął do szmacianej torby i wyciągnął koc.

–  Dobrze, że dziś ciepło, to będzie nam się dobrze spało. Żeby tylko deszcz nie padał w nocy. Trawa tak pachnie, że szybko zaśniemy. Lubię tę porę roku. No chodź, połóż się bliżej. – Pies patrzył na człowieka, jakby wszystko rozumiał, ale bliżej podejść nie chciał. Bał się. Dla niego spotkania z ludźmi nigdy nie były przyjemne. Ten tu dwunożny wprawdzie pachniał cudownie, wszystkimi zapachami, jakie pies znał i jakich nie znał jeszcze, ale był obcy. Siedział na ławce i nie robił żadnych gwałtownych ruchów i mówił łagodnie. Może nie był groźny, ale pies na wszelki wypadek siedział w bezpiecznej odległości, a człowiek mówił.

– No to się zapisałem. Powiedzieli wtedy, że z piętnaście lat będę czekał. Może jakbym chciał większe mieszkanie, to by było szybciej, ale ja sam byłem, to po co mi większe. Zresztą limity były. Nie należało się większe. Ja te domy budowałem. Składaliśmy te bloki z płyt, jak je na czas dowieźli, a jak nie, to czekaliśmy. Pośpiechu nie było, ale za to płacili całkiem dobrze i dorobić się dało. Można było zawsze coś ukręcić i sprzedać. Wszyscy tak robili. – Mężczyzna zamilkł, potarł czoło, w zamyśleniu. Potem splunął.

–  A potem przyszła do pracy ona. Zośka. Inżynierowi pomagała. Kawę robiła, telefony odbierała. Ty wiesz, jaka ona była śliczna?- rozmarzył się. Jego rysy twarzy złagodniały. Delikatny uśmiech pojawił się w kącikach ust.

Frag. opowiadania pt. “Felek” ze zbioru opowiadań pt. “Imiennik”

Weronika

To był dobry czas dla Weroniki, wszyscy tak mówili.

Kilka dni temu urodziła córkę, zdrową, śliczną, maleńką dziewczynkę, która miała wszystko na miejscu. Miała po pięć paluszków u każdej rączki i po pięć u każdej stópki i wyglądała na zupełnie zadowoloną ze swojej sytuacji. Lekarz mówił, że dziewczynka jest wzorcowym noworodkiem, jaki opisany jest w książkach, a cały poród, to też sytuacja zupełnie książkowa. Nie było komplikacji, więc Weronika była szczęśliwa. Trzymała w ramionach skarb, na który czekała wiele lat, bo Weronika miała problem z zajściem w ciążę.

̶  Wszystko jest w porządku. Wyniki badań nie wskazują na żadne odchylenia od normy, a zatem, pani Weroniko, musi się pani uzbroić w cierpliwość i myśleć pozytywnie. – Lekarz uśmiechał się do niej z za okularów. Sprawiał wrażenie człowieka, któremu można ufać.

̶  Wyniki pani męża są prawidłowe. Nic nie stoi na przeszkodzie, abyście państwo mieli dziecko. Tylko pewnie trochę czasu potrzeba… ̶  ale Weronika nie chciała  więcej czasu. Chciała mieć dziecko.

̶  Możemy oczywiście spróbować in vitro, ale jesteście państwo zdrowi oboje. Nie ma przeciwwskazań do zajścia w ciążę. Proponuję poczekać jeszcze trochę. Jest pani młoda, jest czas. – Inni lekarze, których odwiedziła, twierdzili to samo, ale w ciążę Weronika nie zachodziła, mimo regularnych stosunków z mężem.

***

Życie Weroniki było przyjemne. Była uśmiechniętą i ciepłą osobą, nauczycielką, którą dzieci uwielbiały. A ona była dla dzieci zawsze tam, gdzie jej potrzebowały. Dzieci zaś zabiegały o jej obecność i o jej zainteresowanie.

Na wsi rodzice nie zawsze mają czas dla własnych dzieci. Ważniejsze bywają orka, zasiew, rodząca krowa. Weronika o tym wiedziała. Czekała więc na dzieci codziennie sporo przed dzwonkiem. Kiedy rano stawały w drzwiach szkoły, ona już tam była. Niektóre dzieci w pośpiechu kierowały się do szatni, inne wciąż zaspane, posuwały się wzdłuż ściany w nadziei, że trafią na otwarte drzwi. A ona tam stała uśmiechnięta i pachnąca. Pomagała zdejmować ciężkie kurtki, umieszczać czapki i szaliki w rękawach. Czasem szarpała się z opornymi, mokrymi butami, lub ciasnymi kapciami, które za nic nie chciały trzymać się na śliskich rajstopach.

Szli potem wszyscy do klasy i zanim jeszcze zadźwięczał dzwonek, ona wskazywała im gdzie mają usiąść, bo zmieniała im miejsca codziennie. Mówiła, że jest w tym pewna zagadka. I była. Nie wiadomo, jakiego klucza używała Weronika, ale dzieciom podobało się te codzienne zmiany i każde dziecko było podekscytowane tym, że obok niego usiądzie dziś ktoś inny.

Wszystkie dzieci bardzo się lubiły. Nie wiadomo, czy był to efekt zabiegu Weroniki z tą jej codzienną zmianą miejsc, czy też zwyczajnie dzieci lubiły się, bo były w tym samy wieku, w tej samej klasie, z tą samą panią i z tej samej wsi. A swoją panią uwielbiały, bo uśmiechała się promiennie do każdego z nich i cierpliwie tłumaczyła niezrozumiałe sprawy. Była jak druga mama, czasem nawet lepsza niż mama, bo nie krzyczała, miała czas i ciepłe dłonie i miała dla nich codziennie rano gorące kakao.

Frag. opowiadania pt. “Weronika” ze zbioru opowiadań pt. “Imiennik”

Marta

Marta miała tylko dwie ręce, którymi starała się zarobić na życie.
Miała też syna oraz niepohamowany apetyt na seks. Może nie tyle na seks, ile na to, co poprzez seks można było załatwić. Nie była samotna, miała partnera. Nie wybrała go wprawdzie, bo to on wybrał ją. Chciał bardzo być częścią jej życia i gotów był z nią zamieszkać, chociaż wszelkie znaki wskazywały, że ten związek nie może się udać. Skoro jednak wybrał ją, a ona nie miała nic przeciwko temu, to wprowadził się do niej — swojego mieszkania nie miał. I dobrze się stało, głównie dla Marty. Niecodziennie przecież się zdarza, że kobieta może mieć mężczyznę na co dzień i na noc. Takiego, który ślepo ufa, gotuje i zajmuje się jej dzieckiem, kiedy ona jest w pracy. Może to nie był szczyt marzeń, ale na przeczekanie mogło być.
Marta pracowała. Na własny rachunek i z dużym zaangażowaniem, wynikającym z potrzeby zabezpieczenia bytu. Lubiła luksusowe ciuszki, luksusowe samochody i luksusowe restauracje.
Była piękną kobietą. Miała niestety zasadniczą wadę, była zbyt emocjonalna. Przy czym emocjonalność Marty polegała na wpadaniu w pasję, jeżeli jej wyobrażenie o świecie, lub sytuacji, w jakiej się znalazła, kładło się w gruzy. Patrzenie Marty na świat odbywało się bowiem, poprzez pryzmat jej własnej osoby. Innym dawała z siebie tyle, ile mogła i tyle, żeby nie bolało, ją.
Można byłoby rzec, że Marta była zimna, ale to tylko pozory! Jeśli się widziało jej łzy, drżące usta, dłonie nerwowo splatające się ze sobą, a wszystko otulone zmysłowym zapachem perfum, to miało się wrażenie, że to kwintesencja kobiecości emocjonalnej rozkwitała nam przed nosem. Marta nie była zimna! Dla siebie.
Z ludźmi żyła zazwyczaj zgodnie. Póki nie wchodzili jej w drogę. Była miła, uśmiechała się życzliwie. Czasem wrzuciła złotówkę do miseczki żebraka, jeżeli nie miała możliwości go ominąć, lub towarzystwo osoby, na której jej zależało, wymuszało taką sytuację. Zawsze starała się, żeby to, co robiła, mogło zostać dobrze ocenione, bo to przecież był kapitał na przyszłość.
Zwierząt nie znosiła. Zostawiały kłaczki na ślicznych sukienkach Marty, chciały być dotykane i ocierały się o nogi. Marta miała wypielęgnowane dłonie i lubiła mieć je czyste. Dotykanie zwierzęcej sierści napawało ją odrazą. Bała się też o swoje pończochy, które powinny zawsze wyglądać nieskazitelnie. Omijała zatem wszystkie domy ze zwierzętami albo deklarowała alergię, jeśli zaproszenia nie udało się uniknąć. Zwierzęta trzymano wtedy daleko od Marty, a ona bezkarnie mogła twierdzić, że są urocze.
Śliczny nosek Marty nie znosił też zapachu potu. Odmawiała wszelkich spotkań na siłowni, wycieczek rowerowych, tudzież gry w tenisa. Miała świadomość, że tenis, to zajęcie uprawiane z przyjemnością przez ludzi zamożnych. Tego akurat nie rozumiała, bo cóż to miało wspólnego z przyjemnością? Zastanawiała się jednak, czy nie byłoby dobrze zakupić rakietę, oraz stosowny do tenisa strój. W krótkich spódniczkach było Marcie do figury, mogła je nosić bez obaw. Grać nie musiała przecież, ale czas na korcie, w celu nawiązywania kontaktów, spędzać mogła.

Frag. opowiadania pt. “Marta” ze zbioru opowiadań pt. “Imiennik”

Listopadowy dzień

To był piękny, jesienny dzień. Nie co roku zdarza się, że tego dnia świeci słońce, a drzewa stoją w jego promieniach, czerwono złote.

Rozejrzałam się wokół. Prawie na wszystkich grobach płonęły znicze i wszędzie stały kwiaty. Feeria barw zamknięta w płatkach chryzantem, cmentarnych kwiatów, których zapach kojarzył mi się zawsze i wyłącznie z tym miejscem.

Było pięknie i cicho, tylko wiatr poruszał gałęziami drzew i strącał liście ludziom pod stopy, przyozdabiał płyty nagrobne i znicze . Ludzi było sporo, ale w tym miejscu wszyscy zachowywali się cicho. Czasem tylko śmiech obwieszczał, że spotkała się rodzina, która dawno się nie widziała. Był to jednak śmiech subtelny, nie drażniący ucha.

Siedziałam na ławeczce przed grobem dziadków i wspominałam. Po to tu przyszłam, powspominać ich i moje życie z nimi.  Wspominałam babcię i jej „zjesz coś? „ i dziadka – „daj to, naprawię”,. Wspominałam ciepło ich małego domu i radosne chwile, jakie w nim spędziłam. Brakowało mi ich bardzo…

Read More

Dziady

Obudziło mnie głośne walenie w szybę. Poderwałam się z łóżka, przestraszona. Przez chwilę zastanawiałam się co mam zrobić? Darek spał w osobnym pokoju, już od lat. Tak było nam wygodniej, ja czytałam do późnych godzin, on zasypiał wcześnie. Ale dziś okazało się że to nie najlepsze rozwiązanie. Co mam zrobić? Co mam zrobić? Zastanawiałam się intensywnie.

Głośne stukanie rozległo się ponownie. Może to sąsiadka? Nikt obcy przecież nie mógł dostać się na teren naszej posesji. Głowna furtka zamknięta, a o bocznej wiedzieli nieliczni. I pies milczy, zna ją przecież, dlatego nie szczeka. Mąż naszej sąsiadki Marioli pewnie jest w trasie, pomyślałam, a oni mają małe dzieci. Może stało się coś złego i ona potrzebuje pomocy? Podbiegłam do oka, szarpnęłam zasłonę i zobaczyłam ją.

Stała w blasku latarni, spokojna i blada. Alicja. Patrzyła mi prosto w oczy. Gęsia skórka na rękach uniosła drobne włoski. Mocno zacisnęłam dłoń na zasłonie, nie wierząc w to co widzę.

̶  Zadzwoń do mojej siostry i powiedz, żeby do mnie przyszła, dam jej adres – mówiła do mnie, ale nie widziałam, żeby poruszała ustami.

̶  Jaki adres? – Zapytałam bezmyślnie, wpatrując się w tę dawno niewidzianą twarz.

̶  Ona będzie wiedziała, zadzwoń do niej,  ̶  I poszła, gubiąc chusteczki higieniczne.

Obudziłam się. Spojrzałam na zegarek. Była piąta. Najczarniejsza godzina przed świtem. O zaśnięciu nie było mowy. Drżałam. Byłam przerażona. Serce waliło we mnie jak oszalałe. Leżałam dłuższą chwilę zastanawiając się nad tym, co się stało.

Wkrótce zrobiło się jasno i kiedy pierwsze promienie światła wdarły się do pokoju, wreszcie zasnęłam. Dwie godziny później, spotkaliśmy się z Darkiem w kuchni.

̶  Jak minęła noc? – od lat witał mnie tak samo. Nie czułam w tym pytaniu rzeczywistego zainteresowania moim nocnym samopoczuciem – ot zdawkowe powitanie. Zwykła kurtuazja.

̶  Jakoś minęła, tylko koszmar senny miałam i obudziłam się o piątej. – Byłam przekonana, że to co pamiętam, było tylko snem. Nic takiego przecież nie mogło wydarzyć się o piątej rano!

Dzień mi minął jak każdy, od kiedy byłam na emeryturze, na krzątaniu się po domu, drobnych czynnościach, drobnych zakupach i gotowaniu.  Koszmar senny towarzyszył mi przez cały czas, a zapamiętana scena przewijała się w mojej głowie, jak film.

Wieczorem obejrzeliśmy z Darkiem jakiś serial, jeden odcinek, potem drugi. Zmęczeni rozeszliśmy się do własnych sypialni. Kładłam się do łóżka w nadziei na szybki sen. Z przyzwyczajenia sięgnęłam po książkę. Przeczytałam kilka kartek nudnej dość opowieści i powieki mi opadły. Obudziło mnie walenie w okno. Zdrętwiałam. To niemożliwe! – Krzyczało we mnie wszystko. To przecież tylko sen. Zerwałam się, podbiegłam do okna, rozsunęłam zasłony.

I ona tam znów stała. Alicja. Jak wczoraj, w blasku lampy ulicznej. Jeszcze bledsza niż poprzednio. Poczułam jej głos każdą komórką ciała.

̶  Zadzwoń do niej, niech przyjdzie do mnie koniecznie. Dam jej ten adres. – Czym prędzej opuściłam zasłonę. Roztrzęsiona usiadłam na łóżku. Otuliłam się mocno kołdrą, żeby  odgrodzić się od świata rzeczywistego i tego nierzeczywistego. Spojrzałam na zegarek. Była piąta.

̶  Sen Mara, Bóg Wiara. – Tak zawsze mówiła moja mama, kiedy gwałtownie budziłam się ze złego snu, a ona delikatnie głaskała mnie po głowie. Co za cholerny koszmar! Codziennie będzie mi się śniła? Odsunęłam szufladę szafki. Pogrzebałam w niej głęboko. Znalazłam. Paczka papierosów do połowy opróżniona. Nie paliłam od roku. Drżącymi dłońmi wyciągnęłam papierosa i zapalniczkę, którą schowałam niegdyś razem z papierosami. Zapaliłam. Zaciągnęłam się głęboko i poczułam, jak spokój ogarnia moje ciało. Włoski, które podniosły się na moim ciele, opadły. Gęsia skórka zniknęła. Napięcie minęło, ale wciąż byłam spocona ze strachu jak mysz.

Do siódmej wypaliłam jeszcze trzy papierosy. Napiłabym się koniaku, ale alkohol był w innej części domu, a ja bałam się wyjść na ciemny korytarz.

Strach minął, wraz z pojawiającym się słońcem, zostało tylko zmęczenie. O siódmej spotkaliśmy się w kuchni. Po diabła my tak wcześnie wstajemy?

̶  Jak minęła noc? – to samo uprzejme pytanie tym razem przywołało wspomnienie. Znów zobaczyłam ten obraz, który wolałabym zapomnieć. Zrobiło mi się zimno. Wzdrygnęłam się.

̶  Znów koszmary miałam. Chyba dziś wezmę tabletkę na sen. – Nalałam  kawy do kubków, dolałam mleka do obu, mimo ze nie pijam kawy z mlekiem.

̶  Wyglądasz na zmęczoną.  – Darek z troską popatrzył na mnie. Dawno tak na mnie nie patrzył. Nie chciałam mu opowiadać, co mi się śniło. Obraz był tak realistyczny, że nie chciałam już ani go sobie przypominać, ani o nim mówić. Niech zniknie. Niech już mi się nie śni.

Wieczorem połknęłam ziołową tabletkę na sen. Mocniejszych leków się bałam, ale ta też dawała radę. Nudna książka, którą męczyłam od tygodnia, razem z tabletką zadziałała szybko. Nie wiem, kiedy usnęłam.

Obudziłam się, ze świadomością, że coś się dzieje. Wokół panowała ciemność, tylko tarcza zegarka wskazywała piątą. Nie, tylko nie to. I wtedy rozległo się walenie w okno. Zamarłam. Zrobiło mi się zimno a żołądek podszedł do gardła. Uszczypnęłam się. Nie, nie śpię. Walenie rozległo się ponowne. To na pewno Mariola, pomyślałam, no bo kto po nocy… Z taką myślą wstałam. Podeszłam do okna, rozsunęłam zasłony.

Alicja stała w świetle lampy, upiornie blada. Jej twarde spojrzenie wciskało się we mnie. Włosy mi się zjeżyły. To niemożliwe, kołatało mi się w głowie, to jest absolutnie niemożliwe.

̶  Mówiłam ci, zadzwoń do mojej siostry. Powiedz, żeby do mnie przyszła. – Myślałam, że zemdleję, serce waliło mi jak oszalałe, pot spływał stróżką wzdłuż kręgosłupa.

̶  Na cmentarz? – zapytałam. – Przecież do wielu lat nie żyjesz. Obie nie żyjecie.

 Alicja rozpłynęła się we mgle…

 

 

Ewa

Zawisłam w  przestrzeni. Pomiędzy jedną kanapką a drugą. Pomiędzy butelką a pieluchą. Zabrakło mi pary na jakiekolwiek działanie.

To ja. Strzępek kobiety bez marzeń, sił i emocji. Rozciągnięta koszulka i wypchane spodnie dresowe – oto mój uniform od kilku lat. Odruchowo przeciągnęłam dłonią po nieświeżych włosach. Kilka dni temu Leon przykleił mi do włosów gumę. Stwierdził, że nie miał co z nią zrobić. W taki oto sposób oznakował mnie, oflagował potwierdził status samotnej matki, w obronie której, nie stanie żaden groźny ojciec.

Dzieci  robiły ze mną co chciały od zawsze, nigdy sobie z nimi nie radziłam. Odkąd Leszek się wyprowadził, nie radziłam sobie z nimi jeszcze bardziej, jeżeli można powiedzieć, że można nie radzić sobie bardziej. „Ty draniu!” pomyślało mi się i zdałam sobie sprawę, że myśl o Leszku to jedyna obecnie siła, która może mnie pobudzić do działania.

Usłyszałam dziki wrzask…to obudziło mnie na dobre. Klara! Powinna dostać butelkę! Zerwałam się z kanapy, która na kilka chwil stała się dla mnie bezpieczną przystanią i pognałam do kuchni. Gnając tak, uświadomiłam sobie, że przemieszczam się raczej wolno i dziwnym krokiem. Jak marynarz odbijający się od burty, stąpający po śliskim pokładzie w czasie sztormu.

Nie spałam już druga dobę. Nie liczyłam kilkuminutowych drzemek pomiędzy karmieniami, termometrem, praniem pościeli, pojeniem i wszystkim tym, co dzieje się kiedy piątka dzieci zachoruje.

Nie wiem, jaki jest dziś dzień tygodnia. Nie pamiętam kiedy jadłam. Chciałabym łyk piwa…Chciałabym stąd wyjść!

Moje dzieci, cała piątka, złapała rota wirusa i ja chyba też. Zdrowy jest tylko kot, ale jego oczywiście nie interesuje nic, poza jego miską. Zdrajca!  Ale ja się trzymam jakoś, bo ktoś w tym gronie musi się trzymać. Ktoś musi zajmować się tą gromadką. Tak wyszło, że to  na mnie spadł cały ciężar tej opieki, prania, pojenia, podcierania, mycia. Temu trzeba dać leki, tamtemu płyn, temu banana. Ale kocham je wszystkie bardzo mocno, dam radę.

̶  Mamo ciemno mi się robi, słabo mi  ̶  mówi najstarszy, kiedy prowadzę go do łazienki. Sam nie ma siły iść. Mam niewiele więcej sił niż on.

̶  Wiem synku, wiem. To minie, za jakiś czas – pocieszam jego i siebie zarazem i mam nadzieję, że tak będzie. Opieram się o ścianę. Czekam, aż dziecko wstanie z sedesu. Jestem taka zmęczonai wciąż coś trzeba robić. Nawet nie mam czasu zwymiotować. Gdybym tylko miała na to czas. Jasna cholera, Leszek! Wszystko wylądowało by na tobie, gdybym tylko miała na to szansę!

Ania płacze. Pielucha Klary jest przepełniona, Leon chce pić. Marek i Aureliusz  (kto im te imiona wybierał?) wymagają kąpieli. Ja wymagam kąpieli! Wymagam szacunku. I bardzo chce mi się spać…

Marzy mi się spadochron. I sen… I długa, czerwona suknia, z trenem. A niech tam, niech się plącze ten tren. I kasyno. Gram w ruletkę, ktoś rzuca kośćmi, wygrywam ja, zgarniam całą pulę. Jest cudownie. Nic nie muszę.

Frag. opowiadania pt. “Ewa” ze zbioru opowiadań pt. “Imiennik”

Miłość

 

 

Paweł  delikatnie nacisnął klamkę, drzwi ustąpiły. Wszedł do zalanego popołudniowym światłem pokoju. Pod ścianą stało białe, szpitalne łóżko. Zmrużył oczy, poszukał znajomego kształtu. Leżąca na łóżku staruszka uśmiechnęła się do niego.

–  Witaj, Pawełku. Cieszę się, że przyszedłeś. – Wskazała mu miejsce obok siebie. Paweł usiadł. Delikatnie dotknął suchej, pomarszczonej dłoni.

Read More

Iza

– Od dziś zamierzam być szczęśliwą kobietą, u boku najwspanialszego mężczyzny, jakiego znam. Pamiętasz jak to mówiłam? – Iza sięgnęła po butelkę, nalała wina do swojego kieliszka, zamachała butelką przed moim nosem, a potem, odstawiła ją na stół. Podniosła do góry kieliszek, wypełniony płynem w kolorze burgunda. Długo wpatrywała się w barwę wina. Miałam wrażenie, że zawisła wzrokiem nad kieliszkiem, bo jej myśli znalazły się daleko stąd, daleko, od mojego mieszkania.

– No to tak mówiłam. Tak chciałam, ale tak się nie stało. Gwałtownie wstała.
Wino z kieliszka rozchlapało się na jej bluzkę, zdobiąc ją czerwoną plamą. I wtedy  stanął mi przed oczami ten dzień, kiedy Iza poinformowała cały świat o tym, co zamierza zrobić i jak od teraz żyć. Informowanie świata o swoich planach zaczęła ode mnie. To było jakieś pięć miesięcy temu…

***

Zadzwoniła przed siódmą rano, chociaż wiedziała, że ta godzina to dla mnie świt i moje zdolności przyswajania informacji o tej porze są wyjątkowo marne. Widocznie jednak wiadomość, którą chciała mi zakomunikować była na tyle ważna, że wszystko inne nie miało znaczenia.

– Od dziś zamierzam być szczęśliwa kobietą, u boku najwspanialszego mężczyzny na świecie! – Wykrzyczała jednym tchem. Zamarłam.

Oczywiście, że życzyłam jej jak najlepiej, ale po pierwsze, było wcześnie rano, a  po drugie, czerwona lampka zapaliła mi się w głowie.

–  Powiedział żonie? Rozwodzi się? – zapytałam.

– Nie zdążył! Ona przeczytała nasze maile, to suka, widzisz? Chyba myśli, że tajemnica korespondencji jej nie obowiązuje, czy co? No i go wyrzuciła. On właśnie do mnie jedzie. Taksówką, wyobraź sobie. Samochód mu zabrała… ale to nic. Alutka, jaka ja jestem szczęśliwa! Będę go teraz miała i w dzień i w noc.

– No w dzień to chyba nie, bo do pracy chyba musisz chodzić? – Chciałam ją ostudzić, nieco głupawym żartem, chociaż wiedziałam, że Iza w tym stanie euforii nie zrozumie aluzji.

–  Oj tam, czepiasz się. A ja taka szczęśliwa jestem! Będziemy mieszkać razem, razem będziemy robić zakupy, będziemy razem obiady gotować. Może dziecko sobie zrobimy. – Recytowała, jak mała dziewczynka, która robi wyliczankę. –  On będzie się mną opiekował, zabierał na wspaniałe urlopy. – Szarpnęło mną.

– Chyba za twoje pieniądze, co? Przecież on nie pracuje, – wyrwało mi się i natychmiast pożałowałam.

– “Uspokój się” – , nakazałam sobie, – “to nie jest twoja sprawa” – pomyślałam. Może oni sobie teraz ułożą życie po swojemu. On znajdzie pracę, coś przecież chyba umie robić. Po jego rozwodzie wezmą ślub, potem pojawi się dziecko. Iza zawsze marzyła, żeby mieć męża, stabilizację, rodzinę. No to może się jej spełnia właśnie.

–  Alutka, ja wiem, że to tak byle jak wygląda. Ale zobaczysz, ja mam na niego dobry wpływ, on tak mówi, a ja widzę, że to prawda. Pójdzie do pracy przecież. Coś znajdzie, jest dobrym fotografem. Damy radę. –  Iza upajała się swoim przyszłym szczęściem z ogromną pewnością tego, że wydarzy się wszystko to, o czym marzy. A niech jej będzie. Jakoś jej się do tej pory nie udawało, może tym razem będzie inaczej? Zabrakło czasu żeby pogadać dłużej, bo szczęście Izy właśnie nadjechało i Iza musiała się rozłączyć. Mój sen diabli wzięli, udałam się zatem do kuchni, zaparzyłam kawę, i zatopiłam się we wspomnieniach.

Frag. opowiadania pt. “Iza” ze zbioru opowiadań pt. “Imiennik”

Czerwone światło

1.

Jestem zmęczona. Jeszcze 10 minut i odpocznę. Zrzucę buty, zdejmę tę kieckę, nienawidzę jej! Otworzę wino… i zapomnę o pracy. Boli mnie kark, wciąż czuję napięcie w mięśniach. To był trudny klient, ale dałam radę. Jeszcze tylko kilkanaście minut i będę w domu. Napuszczę wody do wanny, jakiś olejek, w tle Bocelli. Rozluźnię się. Może poczytam. Zadzwonię do…Och. Co do cholery ten idiota robi?! Czemu ten pedał tak źle działa, co się dzieje?! O rany…Boże! tylko nie to! Niech mu nic nie będzie! Skąd on się tu wziął…Co to jest? Czemu mam mokrą sukienkę?  Te drobinki? To szyba? Co to za tłum? Skąd wzięli się ci ludzie? Czego chcą? Co się stało? Muszę wysiąść i sprawdzić, co z tamtym facetem? Chyba leży na jezdni. Dlaczego nie mogę ruszyć ręką? Czemu nie mogę się poruszyć? Co tak śmierdzi? Muszę mu pomóc. Jest mi zimno…jest mi bardzo zimno. Wysiądę, muszę sprawdzić, nie mam sił. Jeszcze chwila i zbiorę się. Syrena wyje? Aha, karetka jedzie. Muszę zjechać…muszę…

 

2.

Siedzisz nieruchomo. Starasz się oddychać równo, głęboko. Trzymasz się. Wiesz, że stało się coś złego i starasz się o tym nie myśleć. Wyobrażasz sobie, ze biegniesz po łące. Nie ma cię tu, jesteś tam. Patrzysz w niebo, myślisz tylko o gwiazdach. Jedna, druga, o, tam jest Mars. Robisz sobie wycieczkę. Inna atmosfera tu jest, to dlatego tak brakuje ci tchu, ale za to jest tak pięknie. Wszystko inne jest nieważne… I czujesz dotyk obcej dłoni. Wraca ci świadomość. Już  wiesz, gdzie jesteś. Czujesz bój. To przez chwilę…. Wiesz przecież, że minie, bo ból zawsze mija. Czujesz się marnie. To nic, to nic. Zasypiasz. Nie wolno ci! Pamiętasz z ratownictwa, że nie wolno, ale to jest silniejsze od ciebie. Robisz wdech… Liczysz gwiazdy. Skupiasz się, nie chcesz spać, ale…opuszczasz swoje ciało. Ono zostaje tam, gdzie niedawno byłaś ty. A ty ulatujesz. Jesteś wolna.

3.

Trzymał ją za rękę, tylko tyle mógł zrobić. Ktoś wzywał karetkę, ktoś krzyczał. Miała szeroko otwarte oczy. Była taka młoda, taka śliczna i taka przypadkowa. Wiedział, że czegoś chce. Miała w oczach prośbę. Widział krew na jej sukience i kierownicę wciśniętą nienaturalnie w jej ciało. I widział rowerzystę leżącego na jezdni. To był ułamek sekundy, kiedy ten rower wtargnął na jezdnię. Ona nie mogła nic więcej zrobić, poza tym, co zrobiła, odruchowo. Popatrzył na samochód, w który uderzyła. Zobaczył w nim kierowcę z głową bezwładnie zwisającą na piersi. Odwrócił głowę,  Zobaczył rowerzystę wstającego z ziemi. Patrzył z niedowierzaniem, jak tamten podnosi rower, wsiada i wolno rusza, nabiera rozpędu, znika za zakrętem. Patrzył w martwe oczy ślicznej dziewczyny. Jeszcze klika minut temu był tylko przechodniem. Miał czerwone światło, on i rowerzysta, ale to już przeszłość…To był taki piękny dzień…

Powinien wstać i sprawdzić, co dzieje się z tamtym kierowcą. Nie mógł jednak zostawić jej tu samej. Miała zimne dłonie. Chciałby je rozgrzać. Chciałby cofnąć czas.

Page 1 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén