Kategoria: Imiennik

Felek

̶  Kiedyś miałem wszystko, wiesz? Miałem dom, no nie taki dom, jak myślisz. Żadne tam ściany i podłogi. One są mało ważne i bez nich da się żyć. Wiem co mówię. ̶  Żachnął się, jakby pies zarzucał mu, że  nieprawdę mówi. Od jakiegoś czasu gadał z obcym psem, który siedział w bezruchu, kilka metrów od niego i patrzył. Zdrzemnął się po południu na ławce, a kiedy się obudził, pies siedział i się gapił. Miał ciepłe, uważne spojrzenie i wtedy jakoś tak, nie wie czemu, zaczął mówić. Do psa.

̶  Rodzinę miałem, żonę i dzieci, czasem wakacje, jak były pieniądze. Na Mazury jeździliśmy wtedy. Pod namiot. Ryby łowiłem na kolację, a mieszkaliśmy w namiocie. Lubiliśmy tak. Mieszkanie też miałem. – Sięgnął niezgrabnie do kieszeni kurtki. Wyciągnął kilka petów, wybrał największego. Sięgnął do drugiej kieszeni, znalazł zgniecione pudełko zapałek. Wyjął jedną, potarł, a kiedy pojawił się płomyk, przypalił nędznego papierosa. Zaciągnął się z lubością.

 ̶  Ty wiesz, jak się kiedyś długo czekało na mieszkanie? Latami się czekało. Najpierw zakładałeś książeczkę mieszkaniową albo rodzicie ci zakładali, jak byłeś mały, bo wiedzieli, że trzeba długo czekać, aż się zbierze odpowiedni pieniądz, to zakładali jeszcze przed komunią. – Pogmerał palcami przy kurtce i guzik wyskoczył z dziurki. Wieczór był ciepły i właściwie kurtka nie była potrzebna. Od dawna już nie była potrzebna, ale co miał z nią zrobić? Przecież nie zostawi jej gdziekolwiek. Co będzie, jak przyjdzie jesień, potem zima? Kurtkę trzeba mieć obowiązkowo. On na szczęście miał. Jak się śpi na dworze, to ciepła kurtka to skarb. Lato zresztą też bywa zimne i deszczowe. Lepiej mieć i nie zastanawiać się, skąd ją wziąć, kiedy będzie zimno.

̶  Potem na tę książeczkę wpłacali pieniądze. Co miesiąc, chociaż ciężko im było. Dobrych miałem rodziców. Już nie żyją. Płacili, aż dorosłem. Jak szkołę skończyłem to poszedłem do roboty i wtedy już sam sobie potem wpłacałem, aż się nazbierało na wkład do spółdzielni i jak się nazbierało, to już wtedy mogłem zapisać się na listę. ̶  Zgniótł resztkę peta butem, potem starannie zgarnął pozostałości na brzeg trawnika.

– Wtedy na wszystko były listy. Na co chciałeś. Na szafki kuchenne, na lodówki, nawet na papierosy. Tylko po mieszkanie nie musiałeś stać w kolejce. Po wszystko inne czasem trzy, cztery doby, albo tydzień. Czasem nawet dłużej. Obecność sprawdzali. Jak cię nie było, to cię skreślali i mogłeś się pożegnać z meblami czy tam z czymkolwiek, aż do następnej kolejki. Społeczne się te listy nazywały, bo je społecznie kontrolowano. Byłeś w kolejce, to byłeś na liście. –  Mężczyzna rozejrzał się, popatrzył na ciemniejące niebo i uśmiechnął się. Trochę do siebie a trochę do psa. Sięgnął do szmacianej torby i wyciągnął koc.

–  Dobrze, że dziś ciepło, to będzie nam się dobrze spało. Żeby tylko deszcz nie padał w nocy. Trawa tak pachnie, że szybko zaśniemy. Lubię tę porę roku. No chodź, połóż się bliżej. – Pies patrzył na człowieka, jakby wszystko rozumiał, ale bliżej podejść nie chciał. Bał się. Dla niego spotkania z ludźmi nigdy nie były przyjemne. Ten tu dwunożny wprawdzie pachniał cudownie, wszystkimi zapachami, jakie pies znał i jakich nie znał jeszcze, ale był obcy. Siedział na ławce i nie robił żadnych gwałtownych ruchów i mówił łagodnie. Może nie był groźny, ale pies na wszelki wypadek siedział w bezpiecznej odległości, a człowiek mówił.

– No to się zapisałem. Powiedzieli wtedy, że z piętnaście lat będę czekał. Może jakbym chciał większe mieszkanie, to by było szybciej, ale ja sam byłem, to po co mi większe. Zresztą limity były. Nie należało się większe. Ja te domy budowałem. Składaliśmy te bloki z płyt, jak je na czas dowieźli, a jak nie, to czekaliśmy. Pośpiechu nie było, ale za to płacili całkiem dobrze i dorobić się dało. Można było zawsze coś ukręcić i sprzedać. Wszyscy tak robili. – Mężczyzna zamilkł, potarł czoło, w zamyśleniu. Potem splunął.

–  A potem przyszła do pracy ona. Zośka. Inżynierowi pomagała. Kawę robiła, telefony odbierała. Ty wiesz, jaka ona była śliczna?- rozmarzył się. Jego rysy twarzy złagodniały. Delikatny uśmiech pojawił się w kącikach ust.

Frag. opowiadania pt. “Felek” ze zbioru opowiadań pt. “Imiennik”

Weronika

To był dobry czas dla Weroniki, wszyscy tak mówili.

Kilka dni temu urodziła córkę, zdrową, śliczną, maleńką dziewczynkę, która miała wszystko na miejscu. Miała po pięć paluszków u każdej rączki i po pięć u każdej stópki i wyglądała na zupełnie zadowoloną ze swojej sytuacji. Lekarz mówił, że dziewczynka jest wzorcowym noworodkiem, jaki opisany jest w książkach, a cały poród, to też sytuacja zupełnie książkowa. Nie było komplikacji, więc Weronika była szczęśliwa. Trzymała w ramionach skarb, na który czekała wiele lat, bo Weronika miała problem z zajściem w ciążę.

̶  Wszystko jest w porządku. Wyniki badań nie wskazują na żadne odchylenia od normy, a zatem, pani Weroniko, musi się pani uzbroić w cierpliwość i myśleć pozytywnie. – Lekarz uśmiechał się do niej z za okularów. Sprawiał wrażenie człowieka, któremu można ufać.

̶  Wyniki pani męża są prawidłowe. Nic nie stoi na przeszkodzie, abyście państwo mieli dziecko. Tylko pewnie trochę czasu potrzeba… ̶  ale Weronika nie chciała  więcej czasu. Chciała mieć dziecko.

̶  Możemy oczywiście spróbować in vitro, ale jesteście państwo zdrowi oboje. Nie ma przeciwwskazań do zajścia w ciążę. Proponuję poczekać jeszcze trochę. Jest pani młoda, jest czas. – Inni lekarze, których odwiedziła, twierdzili to samo, ale w ciążę Weronika nie zachodziła, mimo regularnych stosunków z mężem.

***

Życie Weroniki było przyjemne. Była uśmiechniętą i ciepłą osobą, nauczycielką, którą dzieci uwielbiały. A ona była dla dzieci zawsze tam, gdzie jej potrzebowały. Dzieci zaś zabiegały o jej obecność i o jej zainteresowanie.

Na wsi rodzice nie zawsze mają czas dla własnych dzieci. Ważniejsze bywają orka, zasiew, rodząca krowa. Weronika o tym wiedziała. Czekała więc na dzieci codziennie sporo przed dzwonkiem. Kiedy rano stawały w drzwiach szkoły, ona już tam była. Niektóre dzieci w pośpiechu kierowały się do szatni, inne wciąż zaspane, posuwały się wzdłuż ściany w nadziei, że trafią na otwarte drzwi. A ona tam stała uśmiechnięta i pachnąca. Pomagała zdejmować ciężkie kurtki, umieszczać czapki i szaliki w rękawach. Czasem szarpała się z opornymi, mokrymi butami, lub ciasnymi kapciami, które za nic nie chciały trzymać się na śliskich rajstopach.

Szli potem wszyscy do klasy i zanim jeszcze zadźwięczał dzwonek, ona wskazywała im gdzie mają usiąść, bo zmieniała im miejsca codziennie. Mówiła, że jest w tym pewna zagadka. I była. Nie wiadomo, jakiego klucza używała Weronika, ale dzieciom podobało się te codzienne zmiany i każde dziecko było podekscytowane tym, że obok niego usiądzie dziś ktoś inny.

Wszystkie dzieci bardzo się lubiły. Nie wiadomo, czy był to efekt zabiegu Weroniki z tą jej codzienną zmianą miejsc, czy też zwyczajnie dzieci lubiły się, bo były w tym samy wieku, w tej samej klasie, z tą samą panią i z tej samej wsi. A swoją panią uwielbiały, bo uśmiechała się promiennie do każdego z nich i cierpliwie tłumaczyła niezrozumiałe sprawy. Była jak druga mama, czasem nawet lepsza niż mama, bo nie krzyczała, miała czas i ciepłe dłonie i miała dla nich codziennie rano gorące kakao.

Frag. opowiadania pt. “Weronika” ze zbioru opowiadań pt. “Imiennik”

Marta

Marta miała tylko dwie ręce, którymi starała się zarobić na życie.
Miała też syna oraz niepohamowany apetyt na seks. Może nie tyle na seks, ile na to, co poprzez seks można było załatwić. Nie była samotna, miała partnera. Nie wybrała go wprawdzie, bo to on wybrał ją. Chciał bardzo być częścią jej życia i gotów był z nią zamieszkać, chociaż wszelkie znaki wskazywały, że ten związek nie może się udać. Skoro jednak wybrał ją, a ona nie miała nic przeciwko temu, to wprowadził się do niej — swojego mieszkania nie miał. I dobrze się stało, głównie dla Marty. Niecodziennie przecież się zdarza, że kobieta może mieć mężczyznę na co dzień i na noc. Takiego, który ślepo ufa, gotuje i zajmuje się jej dzieckiem, kiedy ona jest w pracy. Może to nie był szczyt marzeń, ale na przeczekanie mogło być.
Marta pracowała. Na własny rachunek i z dużym zaangażowaniem, wynikającym z potrzeby zabezpieczenia bytu. Lubiła luksusowe ciuszki, luksusowe samochody i luksusowe restauracje.
Była piękną kobietą. Miała niestety zasadniczą wadę, była zbyt emocjonalna. Przy czym emocjonalność Marty polegała na wpadaniu w pasję, jeżeli jej wyobrażenie o świecie, lub sytuacji, w jakiej się znalazła, kładło się w gruzy. Patrzenie Marty na świat odbywało się bowiem, poprzez pryzmat jej własnej osoby. Innym dawała z siebie tyle, ile mogła i tyle, żeby nie bolało, ją.
Można byłoby rzec, że Marta była zimna, ale to tylko pozory! Jeśli się widziało jej łzy, drżące usta, dłonie nerwowo splatające się ze sobą, a wszystko otulone zmysłowym zapachem perfum, to miało się wrażenie, że to kwintesencja kobiecości emocjonalnej rozkwitała nam przed nosem. Marta nie była zimna! Dla siebie.
Z ludźmi żyła zazwyczaj zgodnie. Póki nie wchodzili jej w drogę. Była miła, uśmiechała się życzliwie. Czasem wrzuciła złotówkę do miseczki żebraka, jeżeli nie miała możliwości go ominąć, lub towarzystwo osoby, na której jej zależało, wymuszało taką sytuację. Zawsze starała się, żeby to, co robiła, mogło zostać dobrze ocenione, bo to przecież był kapitał na przyszłość.
Zwierząt nie znosiła. Zostawiały kłaczki na ślicznych sukienkach Marty, chciały być dotykane i ocierały się o nogi. Marta miała wypielęgnowane dłonie i lubiła mieć je czyste. Dotykanie zwierzęcej sierści napawało ją odrazą. Bała się też o swoje pończochy, które powinny zawsze wyglądać nieskazitelnie. Omijała zatem wszystkie domy ze zwierzętami albo deklarowała alergię, jeśli zaproszenia nie udało się uniknąć. Zwierzęta trzymano wtedy daleko od Marty, a ona bezkarnie mogła twierdzić, że są urocze.
Śliczny nosek Marty nie znosił też zapachu potu. Odmawiała wszelkich spotkań na siłowni, wycieczek rowerowych, tudzież gry w tenisa. Miała świadomość, że tenis, to zajęcie uprawiane z przyjemnością przez ludzi zamożnych. Tego akurat nie rozumiała, bo cóż to miało wspólnego z przyjemnością? Zastanawiała się jednak, czy nie byłoby dobrze zakupić rakietę, oraz stosowny do tenisa strój. W krótkich spódniczkach było Marcie do figury, mogła je nosić bez obaw. Grać nie musiała przecież, ale czas na korcie, w celu nawiązywania kontaktów, spędzać mogła.

Frag. opowiadania pt. “Marta” ze zbioru opowiadań pt. “Imiennik”

Ewa

Zawisłam w  przestrzeni. Pomiędzy jedną kanapką a drugą. Pomiędzy butelką a pieluchą. Zabrakło mi pary na jakiekolwiek działanie.

To ja. Strzępek kobiety bez marzeń, sił i emocji. Rozciągnięta koszulka i wypchane spodnie dresowe – oto mój uniform od kilku lat. Odruchowo przeciągnęłam dłonią po nieświeżych włosach. Kilka dni temu Leon przykleił mi do włosów gumę. Stwierdził, że nie miał co z nią zrobić. W taki oto sposób oznakował mnie, oflagował potwierdził status samotnej matki, w obronie której, nie stanie żaden groźny ojciec.

Dzieci  robiły ze mną co chciały od zawsze, nigdy sobie z nimi nie radziłam. Odkąd Leszek się wyprowadził, nie radziłam sobie z nimi jeszcze bardziej, jeżeli można powiedzieć, że można nie radzić sobie bardziej. „Ty draniu!” pomyślało mi się i zdałam sobie sprawę, że myśl o Leszku to jedyna obecnie siła, która może mnie pobudzić do działania.

Usłyszałam dziki wrzask…to obudziło mnie na dobre. Klara! Powinna dostać butelkę! Zerwałam się z kanapy, która na kilka chwil stała się dla mnie bezpieczną przystanią i pognałam do kuchni. Gnając tak, uświadomiłam sobie, że przemieszczam się raczej wolno i dziwnym krokiem. Jak marynarz odbijający się od burty, stąpający po śliskim pokładzie w czasie sztormu.

Nie spałam już druga dobę. Nie liczyłam kilkuminutowych drzemek pomiędzy karmieniami, termometrem, praniem pościeli, pojeniem i wszystkim tym, co dzieje się kiedy piątka dzieci zachoruje.

Nie wiem, jaki jest dziś dzień tygodnia. Nie pamiętam kiedy jadłam. Chciałabym łyk piwa…Chciałabym stąd wyjść!

Moje dzieci, cała piątka, złapała rota wirusa i ja chyba też. Zdrowy jest tylko kot, ale jego oczywiście nie interesuje nic, poza jego miską. Zdrajca!  Ale ja się trzymam jakoś, bo ktoś w tym gronie musi się trzymać. Ktoś musi zajmować się tą gromadką. Tak wyszło, że to  na mnie spadł cały ciężar tej opieki, prania, pojenia, podcierania, mycia. Temu trzeba dać leki, tamtemu płyn, temu banana. Ale kocham je wszystkie bardzo mocno, dam radę.

̶  Mamo ciemno mi się robi, słabo mi  ̶  mówi najstarszy, kiedy prowadzę go do łazienki. Sam nie ma siły iść. Mam niewiele więcej sił niż on.

̶  Wiem synku, wiem. To minie, za jakiś czas – pocieszam jego i siebie zarazem i mam nadzieję, że tak będzie. Opieram się o ścianę. Czekam, aż dziecko wstanie z sedesu. Jestem taka zmęczonai wciąż coś trzeba robić. Nawet nie mam czasu zwymiotować. Gdybym tylko miała na to czas. Jasna cholera, Leszek! Wszystko wylądowało by na tobie, gdybym tylko miała na to szansę!

Ania płacze. Pielucha Klary jest przepełniona, Leon chce pić. Marek i Aureliusz  (kto im te imiona wybierał?) wymagają kąpieli. Ja wymagam kąpieli! Wymagam szacunku. I bardzo chce mi się spać…

Marzy mi się spadochron. I sen… I długa, czerwona suknia, z trenem. A niech tam, niech się plącze ten tren. I kasyno. Gram w ruletkę, ktoś rzuca kośćmi, wygrywam ja, zgarniam całą pulę. Jest cudownie. Nic nie muszę.

Frag. opowiadania pt. “Ewa” ze zbioru opowiadań pt. “Imiennik”

Iza

– Od dziś zamierzam być szczęśliwą kobietą, u boku najwspanialszego mężczyzny, jakiego znam. Pamiętasz jak to mówiłam? – Iza sięgnęła po butelkę, nalała wina do swojego kieliszka, zamachała butelką przed moim nosem, a potem, odstawiła ją na stół. Podniosła do góry kieliszek, wypełniony płynem w kolorze burgunda. Długo wpatrywała się w barwę wina. Miałam wrażenie, że zawisła wzrokiem nad kieliszkiem, bo jej myśli znalazły się daleko stąd, daleko, od mojego mieszkania.

– No to tak mówiłam. Tak chciałam, ale tak się nie stało. Gwałtownie wstała.
Wino z kieliszka rozchlapało się na jej bluzkę, zdobiąc ją czerwoną plamą. I wtedy  stanął mi przed oczami ten dzień, kiedy Iza poinformowała cały świat o tym, co zamierza zrobić i jak od teraz żyć. Informowanie świata o swoich planach zaczęła ode mnie. To było jakieś pięć miesięcy temu…

***

Zadzwoniła przed siódmą rano, chociaż wiedziała, że ta godzina to dla mnie świt i moje zdolności przyswajania informacji o tej porze są wyjątkowo marne. Widocznie jednak wiadomość, którą chciała mi zakomunikować była na tyle ważna, że wszystko inne nie miało znaczenia.

– Od dziś zamierzam być szczęśliwa kobietą, u boku najwspanialszego mężczyzny na świecie! – Wykrzyczała jednym tchem. Zamarłam.

Oczywiście, że życzyłam jej jak najlepiej, ale po pierwsze, było wcześnie rano, a  po drugie, czerwona lampka zapaliła mi się w głowie.

–  Powiedział żonie? Rozwodzi się? – zapytałam.

– Nie zdążył! Ona przeczytała nasze maile, to suka, widzisz? Chyba myśli, że tajemnica korespondencji jej nie obowiązuje, czy co? No i go wyrzuciła. On właśnie do mnie jedzie. Taksówką, wyobraź sobie. Samochód mu zabrała… ale to nic. Alutka, jaka ja jestem szczęśliwa! Będę go teraz miała i w dzień i w noc.

– No w dzień to chyba nie, bo do pracy chyba musisz chodzić? – Chciałam ją ostudzić, nieco głupawym żartem, chociaż wiedziałam, że Iza w tym stanie euforii nie zrozumie aluzji.

–  Oj tam, czepiasz się. A ja taka szczęśliwa jestem! Będziemy mieszkać razem, razem będziemy robić zakupy, będziemy razem obiady gotować. Może dziecko sobie zrobimy. – Recytowała, jak mała dziewczynka, która robi wyliczankę. –  On będzie się mną opiekował, zabierał na wspaniałe urlopy. – Szarpnęło mną.

– Chyba za twoje pieniądze, co? Przecież on nie pracuje, – wyrwało mi się i natychmiast pożałowałam.

– “Uspokój się” – , nakazałam sobie, – “to nie jest twoja sprawa” – pomyślałam. Może oni sobie teraz ułożą życie po swojemu. On znajdzie pracę, coś przecież chyba umie robić. Po jego rozwodzie wezmą ślub, potem pojawi się dziecko. Iza zawsze marzyła, żeby mieć męża, stabilizację, rodzinę. No to może się jej spełnia właśnie.

–  Alutka, ja wiem, że to tak byle jak wygląda. Ale zobaczysz, ja mam na niego dobry wpływ, on tak mówi, a ja widzę, że to prawda. Pójdzie do pracy przecież. Coś znajdzie, jest dobrym fotografem. Damy radę. –  Iza upajała się swoim przyszłym szczęściem z ogromną pewnością tego, że wydarzy się wszystko to, o czym marzy. A niech jej będzie. Jakoś jej się do tej pory nie udawało, może tym razem będzie inaczej? Zabrakło czasu żeby pogadać dłużej, bo szczęście Izy właśnie nadjechało i Iza musiała się rozłączyć. Mój sen diabli wzięli, udałam się zatem do kuchni, zaparzyłam kawę, i zatopiłam się we wspomnieniach.

Frag. opowiadania pt. “Iza” ze zbioru opowiadań pt. “Imiennik”

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén