Zawisłam w  przestrzeni. Pomiędzy jedną kanapką a drugą. Pomiędzy butelką a pieluchą. Zabrakło mi pary na jakiekolwiek działanie.

To ja. Strzępek kobiety bez marzeń, sił i emocji. Rozciągnięta koszulka i wypchane spodnie dresowe – oto mój uniform od kilku lat. Odruchowo przeciągnęłam dłonią po nieświeżych włosach. Kilka dni temu Leon przykleił mi do włosów gumę. Stwierdził, że nie miał co z nią zrobić. W taki oto sposób oznakował mnie, oflagował potwierdził status samotnej matki, w obronie której, nie stanie żaden groźny ojciec.

Dzieci  robiły ze mną co chciały od zawsze, nigdy sobie z nimi nie radziłam. Odkąd Leszek się wyprowadził, nie radziłam sobie z nimi jeszcze bardziej, jeżeli można powiedzieć, że można nie radzić sobie bardziej. „Ty draniu!” pomyślało mi się i zdałam sobie sprawę, że myśl o Leszku to jedyna obecnie siła, która może mnie pobudzić do działania.

Usłyszałam dziki wrzask…to obudziło mnie na dobre. Klara! Powinna dostać butelkę! Zerwałam się z kanapy, która na kilka chwil stała się dla mnie bezpieczną przystanią i pognałam do kuchni. Gnając tak, uświadomiłam sobie, że przemieszczam się raczej wolno i dziwnym krokiem. Jak marynarz odbijający się od burty, stąpający po śliskim pokładzie w czasie sztormu.

Nie spałam już druga dobę. Nie liczyłam kilkuminutowych drzemek pomiędzy karmieniami, termometrem, praniem pościeli, pojeniem i wszystkim tym, co dzieje się kiedy piątka dzieci zachoruje.

Nie wiem, jaki jest dziś dzień tygodnia. Nie pamiętam kiedy jadłam. Chciałabym łyk piwa…Chciałabym stąd wyjść!

Moje dzieci, cała piątka, złapała rota wirusa i ja chyba też. Zdrowy jest tylko kot, ale jego oczywiście nie interesuje nic, poza jego miską. Zdrajca!  Ale ja się trzymam jakoś, bo ktoś w tym gronie musi się trzymać. Ktoś musi zajmować się tą gromadką. Tak wyszło, że to  na mnie spadł cały ciężar tej opieki, prania, pojenia, podcierania, mycia. Temu trzeba dać leki, tamtemu płyn, temu banana. Ale kocham je wszystkie bardzo mocno, dam radę.

̶  Mamo ciemno mi się robi, słabo mi  ̶  mówi najstarszy, kiedy prowadzę go do łazienki. Sam nie ma siły iść. Mam niewiele więcej sił niż on.

̶  Wiem synku, wiem. To minie, za jakiś czas – pocieszam jego i siebie zarazem i mam nadzieję, że tak będzie. Opieram się o ścianę. Czekam, aż dziecko wstanie z sedesu. Jestem taka zmęczonai wciąż coś trzeba robić. Nawet nie mam czasu zwymiotować. Gdybym tylko miała na to czas. Jasna cholera, Leszek! Wszystko wylądowało by na tobie, gdybym tylko miała na to szansę!

Ania płacze. Pielucha Klary jest przepełniona, Leon chce pić. Marek i Aureliusz  (kto im te imiona wybierał?) wymagają kąpieli. Ja wymagam kąpieli! Wymagam szacunku. I bardzo chce mi się spać…

Marzy mi się spadochron. I sen… I długa, czerwona suknia, z trenem. A niech tam, niech się plącze ten tren. I kasyno. Gram w ruletkę, ktoś rzuca kośćmi, wygrywam ja, zgarniam całą pulę. Jest cudownie. Nic nie muszę.

Frag. opowiadania pt. “Ewa” ze zbioru opowiadań pt. “Imiennik”