Kategoria: Mroczne

Listopadowy dzień

To był piękny, jesienny dzień. Nie co roku zdarza się, że tego dnia świeci słońce, a drzewa stoją w jego promieniach, czerwono złote.

Rozejrzałam się wokół. Prawie na wszystkich grobach płonęły znicze i wszędzie stały kwiaty. Feeria barw zamknięta w płatkach chryzantem, cmentarnych kwiatów, których zapach kojarzył mi się zawsze i wyłącznie z tym miejscem.

Było pięknie i cicho, tylko wiatr poruszał gałęziami drzew i strącał liście ludziom pod stopy, przyozdabiał płyty nagrobne i znicze . Ludzi było sporo, ale w tym miejscu wszyscy zachowywali się cicho. Czasem tylko śmiech obwieszczał, że spotkała się rodzina, która dawno się nie widziała. Był to jednak śmiech subtelny, nie drażniący ucha.

Siedziałam na ławeczce przed grobem dziadków i wspominałam. Po to tu przyszłam, powspominać ich i moje życie z nimi.  Wspominałam babcię i jej „zjesz coś? „ i dziadka – „daj to, naprawię”,. Wspominałam ciepło ich małego domu i radosne chwile, jakie w nim spędziłam. Brakowało mi ich bardzo…

Read More

Dziady

Obudziło mnie głośne walenie w szybę. Poderwałam się z łóżka, przestraszona. Przez chwilę zastanawiałam się co mam zrobić? Darek spał w osobnym pokoju, już od lat. Tak było nam wygodniej, ja czytałam do późnych godzin, on zasypiał wcześnie. Ale dziś okazało się że to nie najlepsze rozwiązanie. Co mam zrobić? Co mam zrobić? Zastanawiałam się intensywnie.

Głośne stukanie rozległo się ponownie. Może to sąsiadka? Nikt obcy przecież nie mógł dostać się na teren naszej posesji. Głowna furtka zamknięta, a o bocznej wiedzieli nieliczni. I pies milczy, zna ją przecież, dlatego nie szczeka. Mąż naszej sąsiadki Marioli pewnie jest w trasie, pomyślałam, a oni mają małe dzieci. Może stało się coś złego i ona potrzebuje pomocy? Podbiegłam do oka, szarpnęłam zasłonę i zobaczyłam ją.

Stała w blasku latarni, spokojna i blada. Alicja. Patrzyła mi prosto w oczy. Gęsia skórka na rękach uniosła drobne włoski. Mocno zacisnęłam dłoń na zasłonie, nie wierząc w to co widzę.

̶  Zadzwoń do mojej siostry i powiedz, żeby do mnie przyszła, dam jej adres – mówiła do mnie, ale nie widziałam, żeby poruszała ustami.

̶  Jaki adres? – Zapytałam bezmyślnie, wpatrując się w tę dawno niewidzianą twarz.

̶  Ona będzie wiedziała, zadzwoń do niej,  ̶  I poszła, gubiąc chusteczki higieniczne.

Obudziłam się. Spojrzałam na zegarek. Była piąta. Najczarniejsza godzina przed świtem. O zaśnięciu nie było mowy. Drżałam. Byłam przerażona. Serce waliło we mnie jak oszalałe. Leżałam dłuższą chwilę zastanawiając się nad tym, co się stało.

Wkrótce zrobiło się jasno i kiedy pierwsze promienie światła wdarły się do pokoju, wreszcie zasnęłam. Dwie godziny później, spotkaliśmy się z Darkiem w kuchni.

̶  Jak minęła noc? – od lat witał mnie tak samo. Nie czułam w tym pytaniu rzeczywistego zainteresowania moim nocnym samopoczuciem – ot zdawkowe powitanie. Zwykła kurtuazja.

̶  Jakoś minęła, tylko koszmar senny miałam i obudziłam się o piątej. – Byłam przekonana, że to co pamiętam, było tylko snem. Nic takiego przecież nie mogło wydarzyć się o piątej rano!

Dzień mi minął jak każdy, od kiedy byłam na emeryturze, na krzątaniu się po domu, drobnych czynnościach, drobnych zakupach i gotowaniu.  Koszmar senny towarzyszył mi przez cały czas, a zapamiętana scena przewijała się w mojej głowie, jak film.

Wieczorem obejrzeliśmy z Darkiem jakiś serial, jeden odcinek, potem drugi. Zmęczeni rozeszliśmy się do własnych sypialni. Kładłam się do łóżka w nadziei na szybki sen. Z przyzwyczajenia sięgnęłam po książkę. Przeczytałam kilka kartek nudnej dość opowieści i powieki mi opadły. Obudziło mnie walenie w okno. Zdrętwiałam. To niemożliwe! – Krzyczało we mnie wszystko. To przecież tylko sen. Zerwałam się, podbiegłam do okna, rozsunęłam zasłony.

I ona tam znów stała. Alicja. Jak wczoraj, w blasku lampy ulicznej. Jeszcze bledsza niż poprzednio. Poczułam jej głos każdą komórką ciała.

̶  Zadzwoń do niej, niech przyjdzie do mnie koniecznie. Dam jej ten adres. – Czym prędzej opuściłam zasłonę. Roztrzęsiona usiadłam na łóżku. Otuliłam się mocno kołdrą, żeby  odgrodzić się od świata rzeczywistego i tego nierzeczywistego. Spojrzałam na zegarek. Była piąta.

̶  Sen Mara, Bóg Wiara. – Tak zawsze mówiła moja mama, kiedy gwałtownie budziłam się ze złego snu, a ona delikatnie głaskała mnie po głowie. Co za cholerny koszmar! Codziennie będzie mi się śniła? Odsunęłam szufladę szafki. Pogrzebałam w niej głęboko. Znalazłam. Paczka papierosów do połowy opróżniona. Nie paliłam od roku. Drżącymi dłońmi wyciągnęłam papierosa i zapalniczkę, którą schowałam niegdyś razem z papierosami. Zapaliłam. Zaciągnęłam się głęboko i poczułam, jak spokój ogarnia moje ciało. Włoski, które podniosły się na moim ciele, opadły. Gęsia skórka zniknęła. Napięcie minęło, ale wciąż byłam spocona ze strachu jak mysz.

Do siódmej wypaliłam jeszcze trzy papierosy. Napiłabym się koniaku, ale alkohol był w innej części domu, a ja bałam się wyjść na ciemny korytarz.

Strach minął, wraz z pojawiającym się słońcem, zostało tylko zmęczenie. O siódmej spotkaliśmy się w kuchni. Po diabła my tak wcześnie wstajemy?

̶  Jak minęła noc? – to samo uprzejme pytanie tym razem przywołało wspomnienie. Znów zobaczyłam ten obraz, który wolałabym zapomnieć. Zrobiło mi się zimno. Wzdrygnęłam się.

̶  Znów koszmary miałam. Chyba dziś wezmę tabletkę na sen. – Nalałam  kawy do kubków, dolałam mleka do obu, mimo ze nie pijam kawy z mlekiem.

̶  Wyglądasz na zmęczoną.  – Darek z troską popatrzył na mnie. Dawno tak na mnie nie patrzył. Nie chciałam mu opowiadać, co mi się śniło. Obraz był tak realistyczny, że nie chciałam już ani go sobie przypominać, ani o nim mówić. Niech zniknie. Niech już mi się nie śni.

Wieczorem połknęłam ziołową tabletkę na sen. Mocniejszych leków się bałam, ale ta też dawała radę. Nudna książka, którą męczyłam od tygodnia, razem z tabletką zadziałała szybko. Nie wiem, kiedy usnęłam.

Obudziłam się, ze świadomością, że coś się dzieje. Wokół panowała ciemność, tylko tarcza zegarka wskazywała piątą. Nie, tylko nie to. I wtedy rozległo się walenie w okno. Zamarłam. Zrobiło mi się zimno a żołądek podszedł do gardła. Uszczypnęłam się. Nie, nie śpię. Walenie rozległo się ponowne. To na pewno Mariola, pomyślałam, no bo kto po nocy… Z taką myślą wstałam. Podeszłam do okna, rozsunęłam zasłony.

Alicja stała w świetle lampy, upiornie blada. Jej twarde spojrzenie wciskało się we mnie. Włosy mi się zjeżyły. To niemożliwe, kołatało mi się w głowie, to jest absolutnie niemożliwe.

̶  Mówiłam ci, zadzwoń do mojej siostry. Powiedz, żeby do mnie przyszła. – Myślałam, że zemdleję, serce waliło mi jak oszalałe, pot spływał stróżką wzdłuż kręgosłupa.

̶  Na cmentarz? – zapytałam. – Przecież do wielu lat nie żyjesz. Obie nie żyjecie.

 Alicja rozpłynęła się we mgle…

 

 

Portrecista

Codziennie siedzę przy deptaku. Czytam. Czekam, aż ktoś usiądzie na pustym krzesełku. Sięgam po ołówek i dopiero wtedy patrzę w twarz. Fascynują mnie ludzkie twarze. Dawniej wolałem dłonie, takie zastygłe w geście.
Kiedyś spojrzałem w oczy pewnej kobiety. Były bezbrzeżnie smutne. Błękitne, duże i przerażająco smutne. Niesymetryczne. Cała jej twarz była niesymetryczna. Uniesiona lewa brew, lekko opadająca powieka i leciutko opadający kącik ust. Twarz wydawała się spokojna, ale ta asymetria… Rozumiałem ten smutek, tę beznadziejność. Mogłem jej pomóc. Wiedziałem jak. Kiedy skończyłem rysować z kartki patrzyła na mnie kobieta o regularnych rysach twarzy, z lekkim błyskiem w oku. Taką chciałem ją zapamiętać. Zapytałem, czy zechce mi podać adres. Powiedziałem, że mam pomysł na lepszy portret. Obiecałem, że wyślę. Podała. Za moją pracę policzyłem niewiele. Ot tyle, żeby wystarczyło na chleb i mleko.
Kiedyś, jakaś kobieta posadziła na krzesełku chłopca. To mógł być jej syn. Kilkuletni blondynek, drobny, ładny. Miał małą, ruchliwą twarzyczkę i oczy, w których czaiła się ostrożność. Skąd to wiem? Widziałem już takie oczy kilka razy. Wyciągnąłem do niego rękę, chłopiec skurczył się w sobie, a jego wzrok stał się jeszcze bardziej uważny. Usta mu drżały przez cały czas, kiedy rysowałem. Miałem wrażenie, że się bał. Byłem ciekaw, kto spowodował ten lęk. Poprosiłem o adres. Kolorowy portret jest lepszy niż czarno biały. Obiecałem, że wyślę.
Mówić dalej?

frag. opowiadania pt. “Portrecista”

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén