To był dobry czas dla Weroniki, wszyscy tak mówili.

Kilka dni temu urodziła córkę, zdrową, śliczną, maleńką dziewczynkę, która miała wszystko na miejscu. Miała po pięć paluszków u każdej rączki i po pięć u każdej stópki i wyglądała na zupełnie zadowoloną ze swojej sytuacji. Lekarz mówił, że dziewczynka jest wzorcowym noworodkiem, jaki opisany jest w książkach, a cały poród, to też sytuacja zupełnie książkowa. Nie było komplikacji, więc Weronika była szczęśliwa. Trzymała w ramionach skarb, na który czekała wiele lat, bo Weronika miała problem z zajściem w ciążę.

̶  Wszystko jest w porządku. Wyniki badań nie wskazują na żadne odchylenia od normy, a zatem, pani Weroniko, musi się pani uzbroić w cierpliwość i myśleć pozytywnie. – Lekarz uśmiechał się do niej z za okularów. Sprawiał wrażenie człowieka, któremu można ufać.

̶  Wyniki pani męża są prawidłowe. Nic nie stoi na przeszkodzie, abyście państwo mieli dziecko. Tylko pewnie trochę czasu potrzeba… ̶  ale Weronika nie chciała  więcej czasu. Chciała mieć dziecko.

̶  Możemy oczywiście spróbować in vitro, ale jesteście państwo zdrowi oboje. Nie ma przeciwwskazań do zajścia w ciążę. Proponuję poczekać jeszcze trochę. Jest pani młoda, jest czas. – Inni lekarze, których odwiedziła, twierdzili to samo, ale w ciążę Weronika nie zachodziła, mimo regularnych stosunków z mężem.

***

Życie Weroniki było przyjemne. Była uśmiechniętą i ciepłą osobą, nauczycielką, którą dzieci uwielbiały. A ona była dla dzieci zawsze tam, gdzie jej potrzebowały. Dzieci zaś zabiegały o jej obecność i o jej zainteresowanie.

Na wsi rodzice nie zawsze mają czas dla własnych dzieci. Ważniejsze bywają orka, zasiew, rodząca krowa. Weronika o tym wiedziała. Czekała więc na dzieci codziennie sporo przed dzwonkiem. Kiedy rano stawały w drzwiach szkoły, ona już tam była. Niektóre dzieci w pośpiechu kierowały się do szatni, inne wciąż zaspane, posuwały się wzdłuż ściany w nadziei, że trafią na otwarte drzwi. A ona tam stała uśmiechnięta i pachnąca. Pomagała zdejmować ciężkie kurtki, umieszczać czapki i szaliki w rękawach. Czasem szarpała się z opornymi, mokrymi butami, lub ciasnymi kapciami, które za nic nie chciały trzymać się na śliskich rajstopach.

Szli potem wszyscy do klasy i zanim jeszcze zadźwięczał dzwonek, ona wskazywała im gdzie mają usiąść, bo zmieniała im miejsca codziennie. Mówiła, że jest w tym pewna zagadka. I była. Nie wiadomo, jakiego klucza używała Weronika, ale dzieciom podobało się te codzienne zmiany i każde dziecko było podekscytowane tym, że obok niego usiądzie dziś ktoś inny.

Wszystkie dzieci bardzo się lubiły. Nie wiadomo, czy był to efekt zabiegu Weroniki z tą jej codzienną zmianą miejsc, czy też zwyczajnie dzieci lubiły się, bo były w tym samy wieku, w tej samej klasie, z tą samą panią i z tej samej wsi. A swoją panią uwielbiały, bo uśmiechała się promiennie do każdego z nich i cierpliwie tłumaczyła niezrozumiałe sprawy. Była jak druga mama, czasem nawet lepsza niż mama, bo nie krzyczała, miała czas i ciepłe dłonie i miała dla nich codziennie rano gorące kakao.

Aż przyszedł ten dzień, kiedy Weronika poczuła delikatny ruch w brzuchu, tak delikatny, jakby motyl łaskotał ją od wewnątrz, a było to uczucie zupełnie inne od wszystkich, jakie dotąd znała. Zamarła. Nie spodziewała się tego. Zapomniała, że ma się spodziewać. Podręcznik wypadł jej z rąk, a ona trwała w bezruchu. Kilkanaście par oczu wpatrywało się w nią uważnie, ale ona tego nie widziała. Dzieci trwały w zupełnej ciszy, jakby wiedziały, że stało się coś ważnego.

Weronika, nieobecna, patrzyła w przestrzeń, czekając na kolejny ruch motyla, który nie nadchodził, a marzyła, by powtórzył się i powtarzał wciąż. Dzieci zaś czekały na jakiś ruch pani, która wyglądała jak posąg. Nie robiła nic. Zupełnie nic. Jakby jej nie było, a przecież była. Rozległ się dzwonek, a one siedziały nadal, wpatrując się Weronikę. Motyl drgnął. I wtedy Weronika nabrała głęboko powietrza w płuca i uśmiechnęła się.

– Dzieci, dzieci, śpieszymy się na wf. Wstajemy, szybciutko, szybciutko. – Dotknęła swojego brzucha, jakby chciała tę informację o wufie przekazać również w siebie, temu tam motylowi. Dzieci wstały cicho, jakby miały świadomość doniosłości chwili i w ciszy wyszły z klasy. Weronika poszła za nimi. Już nie czekała na skrzydło motyla. Wiedziała, że on jest w niej i zostanie tam na jakiś czas. Pomogła dzieciom założyć stroje sportowe i cieszyła się potem ich śmiechem, ruchem, uwagą, z jaką wykonywały jej polecenia.

Lekcje się skończyły. Dzieci pozbierały książki i zeszyty. Podbiegały do niej, przytulały się. Razem poszli do szatni. Znów toczyła się walka z ubraniami, ale teraz w odwrotną stronę. Oporne buty trzeba było wepchnąć na śliskie rajstopki, czapki umieścić na głowach, a ręce musiały trafić do rękawów ciężkich kurtek. Dzieci wybiegały, wykrzykując głośno z radości. Cieszyły się, że już jest po lekcjach i że pada śnieg. Ona patrzyła na to przez okno i cieszyła się ich radością.

– Do widzenia, do widzenia! – Pokrzykiwały.

Weronika czekała, aż ostatnie dziecko wyjdzie, a potem osunęła się na posadzkę. Położyła dłonie na brzuchu i czekała, znów czekała, na motyle skrzydło. Trudno powiedzieć ile czasu tak spędziła. Z letargu wyrwał ją głos woźnej.

– Pani Weroniko, co się stało? Czemu siedzi pani na zimnej podłodze? Wilka chce pani dostać, czy co? – Weronika uśmiechnęła się szeroko.

– Pani Janinko, jakoś tak po wyjściu dzieci zapragnęłam odpocząć. Nic się nie stało. Posiedziałam chwilkę, ale już sobie idę do domu. – Wstała z pewną ostrożnością, otulając bezwiednym gestem brzuch.  Pani Janina energicznie sprzątała szatnię. Szurała ławkami, trzaskała drzwiczkami szafek.

Weronika wyszła ze szkoły na jasną, zimną przestrzeń. Drzewa i krzaki pokryte śniegiem wyglądały bajkowo jak w czasach jej dzieciństwa. Kiedyś tak było w każdą zimę, teraz to rzadkie zjawisko. Było pięknie. Odetchnęła pełną piersią i ruszyła przed siebie.  Niosła w sobie motyla i światło. Nie wiedziała skąd to światło, nie zauważyła tego momentu, kiedy znalazło się w niej. Ona przecież sama była światłem, może to jakaś jej cząstka oderwała się od całości i znalazła sobie gniazdo.

Szła do domu. W domu czekał ktoś, kto nie mógł poczuć skrzydła motyla. Niosła mu nowinę i radość.

***

Mijały dni. Motyl rósł. Zmienił się w maleńkiego ptaszka, który machał skrzydełkami częściej, niż robił to motyl. Weronika kładła obie dłonie na brzuchu i głaskała owego ptaszka delikatnie, z miłością. Opowiadała mu o tym, co będzie, kiedy już się spotkają.

Mijały tygodnie, a Weronika płonęła jeszcze jaśniejszym światłem niż dotąd. Jej szkolne dzieci opiekowały się swoją panią i na wyścigi wymyślały dla ptaszka imiona. Patrzyły na rosnący brzuch Weroniki i zadawały pytania, mnóstwo pytań, a ona cierpliwie na nie odpowiadała. Nie krzyczały zbyt głośno, by nie wystraszyć ptaszyny, a Weronika opowiadała im, jak będzie, kiedy ptaszyna już się wykluje. Wszyscy nazywali rosnące w Weronice życie ptaszyną, bo ona tak je nazywała, a ona przecież wiedziała najlepiej. Dzieci rysowały dla ptaszyny obrazki, przynosiły je do szkoły, a pani wieszała je na tablicy, aby każdy mógł je zobaczyć. I wszyscy czekali.  I wszyscy kochali ptaszynę.

A Weronika kochała ptaszynę i wszystkie swoje, szkolne dzieci również. To był jej świat. To było dobry dla Weroniki czas…

 

II

 

To był dobry czas dla Weroniki, Wszyscy tak mówili.

Kilka dni temu urodziła córkę, zdrową, śliczną maleńką dziewczynkę, która miała wszystko na miejscu. Miała po pięć paluszków u każdej rączki i po pięć u każdej stópki i wyglądała na zupełnie zadowoloną ze swojej sytuacji. Nie było komplikacji, więc Weronika była szczęśliwa. Trzymała w ramionach skarb, na który czekała wiele lat, bo Weronika miała problem z zajściem w ciążę.

Długo czekała na to dziecko. Razem z nią czekał jej mąż, ciepły i opiekuńczy. Poddali się wielu testom, wykonano im wiele badań i nie znaleziono przyczyny, dla której wciąż nie byli rodzicami. Byli zdrowi, silni, i bardzo, ale to bardzo chcieli mieć dziecko. Takie maleńkie, miękkie, pachnące mlekiem i zasypką.  Kazano im czekać. Uzbroić się w cierpliwość i czekać, więc czekali.

***

Weronika bardzo lubiła swoją pracę. Uwielbiała codzienny kontakt z małymi ludźmi, którzy w nią wierzyli, słuchali i ubóstwiali ją. Opiekowała się nimi i uczyła ich i z radością poświęcała im każdą wolną chwilę. Czasem tylko zamyślała się mocno i traciła wtedy na chwilę kontakt z rzeczywistością, przypisywano to jej marzycielskiej naturze i z czasem takie chwile nikogo już nie dziwiły.

Czas płynął. Weronika spędzała go głównie w szkole. Tak było zawsze, czyli od początku, od momentu, kiedy postawiła pierwszy krok na progu szkoły. Dzisiejszy dzień był jednak inny niż wszystkie do tej pory. Zasłuchana w głosy dzieci, poczuła delikatne muśniecie gdzieś głęboko w sobie. Tak lekkie, że myślała, że jej się wydawało. Zamarła. I poczuła drugie muśnięcie motylego skrzydła. Tak delikatne, że prawie nieprawdziwe, ale poczuła je całą sobą. Przestała słyszeć głosy dzieci.

Znalazła się w ciszy, w której czekała na kolejny znak. I przyszedł. Zerwała się z krzesła, złapała torbę i wybiegła z klasy. Droga do domu nigdy nie była tak krótka, jak dziś. Nie czuła zimna, jakie panowało na zewnątrz. Poślizgnęła się lekko, ale nie zatrzymała. Klucz z trudem wszedł w zamarznięty zamek ciężkich drzwi.

Weronika usiadła na podłodze w zaciemnionym przedpokoju. Oparła dłonie na brzuchu. Chciała czuć, chciała być jak najbliżej tego, co działo się w niej. Tak zastał ją jej mąż. Kiedy podniosła na niego mokrą od łez twarz, na której błąkał się tajemniczy uśmiech – zrozumiał. Opadł na kolana przed nią i zagarnął ją całą w siebie. Trwali tak przez jakiś czas, który się zatrzymał, a ich uczucia pulsowały i wypełniały cały dom.

W głowie Weroniki powstawały obrazy, najpierw dziecięcego pokoju, potem łóżeczka w tym pokoju, potem obraz maleńkiej istotki posapującej cicho przy ssaniu paluszka. Wreszcie wstali z podłogi. Tak dużo trzeba było zaplanować, tak dużo przemyśleć. Jedno było pewne – Weronika nie wraca do pracy. Jutro odwiedzi lekarza. Lekarz na pewno wystawi zwolnienie. Koniec z hołubieniem cudzych dzieci, czas zadbać o własne. Wszelkie myśli związane ze szkołą ulotniły się z głowy Weroniki. Nie liczyło się już nic więcej, poza muśnięciami motyla. Wykonali kilka telefonów, poinformowali rodzinę o cudzie. Wszyscy im gratulowali, cieszyli się razem z nimi i obiecywali pomoc.

Rano, kiedy zadzwonił budzik, Weronika pomyślała z ulgą, że nie musi już wstawać, nie musi iść do szkoły i patrzeć na cudze dzieci. Tamte dzieci już jej nie dotyczyły, należały do innych. Teraz ona ma swoje własne. Jeszcze w brzuchu, ale wiedziała, że zrobi wszystko, żeby urodziło się zdrowe. Uśmiechnęła się i zasnęła z myślą, że oto zmienia się jej świat. Resztę wykonał jej mąż.

Szkolne dzieci Weroniki czekały w szatni na swoją panią. Dzwonek zamilkł już jakiś czas temu, a one czekały. Taki był zwyczaj, że z szatni do klasy szli wszyscy razem, na czele z Weroniką. Tylko dziś było inaczej niż zwykle. Nie było Weroniki. Czekały już dłuższy czas, kiedy znalazła je woźna.

– A wy co tu robicie, smyki? Do klasy marsz. W czasie lekcji dzieciom nie wolno w szatni przebywać. No już! – Pokrzykiwała bez złości w głosie. Widziała, że dzieci są spłoszone.

– No czemu nie idziecie? – Zapytała już całkiem spokojnym tonem.

– Bo naszej pani nie ma. – Odpowiedziało któreś, reszta milczała. To było dziwne zjawisko. Dzieci zazwyczaj są wesołe, głośne, gadatliwe. Te tutaj zachowywały się jak szczenięta, którym mama przed pójściem na polowanie, nakazała być cicho, zanim zniknęła. Woźna postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce.

– Idziemy. – Powiedziała i wzięła najbliżej stojące dziecko za rączkę. Zaprowadziła je pod drzwi klasy, ale klasa była zamknięta. Stropiła się nieco.

– Poczekajcie tu szkraby, zaraz wrócę, albo ktoś inny do was przyjdzie. Tylko bądźcie cicho, bo inni się uczą. – I poszła. Maluchy zostały same. Cichutko stały pod klasą i czekały. W pokoju nauczycielskim woźna nie znalazła Weroniki, nie było też kogo zapytać, bo pokój był pusty. Wszyscy nauczyciele byli na lekcjach. Poszła więc do dyrektorki.  Jeden telefon wyjaśnił wszystko. Mąż Weroniki poinformował, że żona udaje się dziś do lekarza i na pewno pójdzie na zwolnienie.

– A dzieci? – Jęknęła dyrektorka.

– No właśnie, spodziewamy się. Długo czekaliśmy i długo Weronika zajmowała się cudzymi dziećmi. Teraz wszystko się zmieniło. Weronika jest w ciąży. – Dyrektorka odłożyła słuchawkę. Miała problem.

Dzieci przygarnęła bibliotekarka. Zaczęło się gorączkowe poszukiwanie zastępstwa. Wszyscy byli zdziwieni. Weronika była przecież odpowiedzialną osobą. Uwielbiała dzieci i uwielbiała spędzać z nimi czas. Szkoda, że to były tylko pozory. Wszyscy jednak byli zgodni w tym, że to był dobry czas dla Weroniki…

III

To był dobry czas dla Weroniki. Wszyscy tak mówili, a ona bardzo chciała w to wierzyć. Kilka minut temu urodziła córkę, zdrową, śliczną maleńką dziewczynkę, która miała wszystko na miejscu. Miała po pięć paluszków u każdej dłoni i po pięć u każdej stopy i wyglądała na zupełnie zadowoloną ze swojej sytuacji. Nie było komplikacji, więc Weronika była szczęśliwa. Szybko wstanie na nogi. Dobrze, że to piątkowa noc, do poniedziałku wydobrzeje.

***

Uwielbiała swoją pracę. Uwielbiała ten delikatny szmer dziecięcych głosików, jasne spojrzenie oczu i to zaufanie, jakie okazywały jej dzieci. Codziennie rano była tam dla nich. Czekała w drzwiach szatni, a potem szarpała się z opornymi butami. Pomagała zdejmować ciężkie, często mokre kurtki, z których wyłaniały się drobne ciałka.

Dzieci ją uwielbiały. Garnęły się do niej, przytulały, zagadywały. Nigdy wcześniej Weronika nie dostała tyle ciepła, ile dostawała codziennie od tych maluchów. Była dumna z ich osiągnięć i z ich uśmiechów. Martwiła się bardzo, kiedy chorowały. Odwiedzała je wtedy po zajęciach. Siadywała przy ich łóżkach i czytała książki albo opowiadała, co wydarzyło się w szkole. Rozmawiała z ich rodzicami, z ich dziadkami, głaskała psy i koty. Dla każdego znalazła czas i każdemu  umiała powiedzieć coś miłego.

Zdarzało się, że dzieci zostawały po lekcjach, żeby pobyć z nią chwilkę dłużej, a ona wyciągała książkę i czytała. Siedzieli wtedy na dywanie, ale odpływali w czarodziejskie krainy. Czasem z Mary Poppins, czasem z Małym Księciem, a czasem oswajali wiersze Tuwima lub innego poety. Weronika uwielbiała te chwile. Czuła się jak w wielkiej rodzinie, w której wszyscy się kochają, mają do siebie zaufanie i wspierają się.

W domu nie czekał na nią nikt. Od lat mieszkała sama. Nie lubiła samotnych wieczorów. Nie towarzyszył jej żaden pies, nie miała kota. Twierdziła, że zwierzę nie może zostawać samo tyle godzin. Zresztą, jej życie toczyło się w  murach szkoły, wśród tych radosnych dzieci. To wszystko było dla niej bardzo ważne. Tu, w szkole, odnalazła dom, rodzinę, jakiej nigdy nie miała. Męża nie miała.

To był dobry czas dla Weroniki…

I wtedy to poczuła. Drgnięcie skrzyła motyla gdzieś głęboko w niej. Zadziwiające uczucie, jakiego dotąd nie znała. Coś maleńkiego trzepnęło ją od wewnątrz, jakby chciało ją ukarać. Dostała klapsa. Zamarła. W głowie myśli splątały się ze sobą i nie umiała wydobyć z nich nic rozsądnego. To nie mogło być to. To nie miało prawa być to. To na pewno jest tylko skurcz jelit i już się nie powtórzy. Czekała. Powtórzyło się. Jak jęknięcie wiatru, który budzi się ze snu, niepewny swojej siły. Ten wewnętrzny ruch sparaliżował ją. Wiedziała, co on sygnalizuje. A przecież to było tylko kilka intymnych chwil z ojcem jednego z dzieci. Nic nie znaczące i podobno bez konsekwencji.

Książka wypadła jej z rąk. Dzieci zamarły również, tyle, wyrwane z historii, którą czytała. Czekały na dalszy ciąg, a ona przerwała i książka upadła na podłogę. Nikt nie ruszył się, żeby ją podnieść. Kiedy zadzwonił dzwonek, dzieci wciąż siedziały nieruchomo, czekając na dalszy ciąg lub na jakikolwiek ruch Weroniki. Dzwonek obudził ją. Otrząsnęła się wreszcie i uśmiechnęła się szeroko, trochę do dzieci, a trochę do siebie, żeby dodać sobie otuchy.

– Zbieramy się, koniec lekcji. Kto zostaje, czeka w klasie, reszta idzie ze mną. – Wstała, gotowa do wyjścia, czekała przy drzwiach na maluszków. Część z nich zebrała zeszyty, zapakowała do plecaków i poszli do szatni. Tam czekali już rodzice. Dzieci rzucały się im na szyje, wtulały w ich biodra, a potem już ubrane, okutane we wszelkie kurtki, szaliki i czapki, biegły, żeby jeszcze na chwilę przytulić się do niej. Zawsze czuła wtedy wzruszenie. Wróciła do klasy i w towarzystwie dzieci, zaczytana w przygody kota Filemona na kolejne dwie godziny zapomniała o motylu w niej. Ciepłe, czułe łapki obejmowały ją, gdzie się dało. Głowy opierały się o nią i kilka par oczu z uwielbieniem i uwagą wlepiały się w nią. Pomyślała, że tak oto wygląda szczęście.

Kiedy ostatnie dziecko opuściło szatnię, osunęła się na ławeczkę i pozwoliła bezwładnie opaść ramionom. Kłębowisko myśli znów ożyło, dręcząc ją i odbierając siły.

– Pani Weroniko, co pani tu robi jeszcze? – Woźna wtoczyła się z wiadrem i mopem.

– Dzieci już wyszły, co pani jest? – Patrzyła na Weronikę z troską.

– Nic, nic, Pani Janeczko. Ot tak opadłam z sił. To był męczący dzień. – Uśmiechnęła się do woźnej szeroko.

– Już sobie idę, nie będę przeszkadzać, – mówiła, ale pani Janeczka zamiatała podłogę, przesuwała ławeczki, nie zwracała już na nią uwagi. Trzaskały drzwi szafek, szurały kółka wiadra. Weronika wstała. Pozbierała swoje rzeczy, założyła kurtkę i wyszła w przestrzeń i przyszłość. Nie zwracała uwagi na pięknie obsypane śniegiem drzewa. Ślizgała się, ale tego też nie zauważała. Nie wiedziała, kiedy dotarła do domu. Przekręciła klucz w zamku, trzasnęły za nią drzwi i Weronika opadła na podłogę w przedpokoju. Z jej gardła wydobył się szloch. Nie wiedziała jak długo leżała na zimnej podłodze. Zmarzła, wiec wstała. Było ciemno i zimno. Pewnie znów zapomniała zamknąć rano okno.

***

Mijały dni. Motyl zamienił się w ptaszka, a ten szarpał się coraz bardziej. Weronika codziennie rano owijała się ciasno bandażem, zanim założyła sukienkę. Wzrósł jej apetyt, ale tłumaczyła koleżankom, że jest zbyt chuda i postanowiła nieco przytyć, bo marznie, więc je więcej. Nikt specjalnie się nie dziwił. Wszyscy byli przyzwyczajeni. Na wsi ludzie pracowali ciężko, jedli sporo, żeby mieć siły do pracy. Ona wprawdzie pracy fizycznej nie wykonywała, ale była szczupła bardzo, a zima była wyjątkowo mroźna. Wszyscy rozumieli, że trochę tłuszczyku przyda się jej.

Uśmiech wciąż gościł na jej twarzy. Dzieci tuliły się do niej, ona je uczyła, tłumaczyła, głaskała po główkach, Rozwiązywała problemy. Odwiedzała ich rodzinne domy, wspierała dzieci i ich rodziny. Pomagała, jak mogła. Rodzice dzieci bali się jej trochę. Była nieustępliwa w wielu sprawach. Domagała się dla dzieci szacunku i uwagi.

Co noc, kiedy kładła się spać, myślała, co się stanie, kiedy to już się stanie. I kiedy przyszedł ten czas, pomyślała, że to dobrze, że to piątek i dobrze, że mieszka sama. Już wcześniej przygotowała wszystko, co trzeba było przygotować. Trwało to kilka godzin, i wreszcie trzymała w ramionach śliczną, małą dziewczynkę, która miała wszystko, tam, gdzie powinna mieć. Miała po pięć paluszków u każdej rączki i śmiesznie się marszczyła. Była taka krucha i taka bezbronna, jak nikt nie powinien być. I taka śliczna.

Wreszcie odłożyła dziecko na kocyk. Mała cicho kwiliła. Weronika nabrała powietrza w płuca i zacisnęła dłoń. Położyła obok dziecka, to, co łączyło je obie. Zawinęła koc. Trudno było utrzymać się na nogach i nieść. Jeszcze trudniej było wykopać dół. Najtrudniej jednak było ten dół zasypać. Potem wyczerpana zasnęła.

– Proszę pani, proszę pani, a nasza suka dziewięć szczeniaków urodziła. – Dziewczynka szczerzyła w uśmiechu buzię bez dwóch jedynek. Weronika uśmiechnęła się do niej również.

– I co teraz zrobicie z tymi szczeniakami? – zapytała małą, chociaż wcale nie chciała znać odpowiedzi.

– Już zrobiliśmy. Tata potopił. – Weronika zemdlała.